Do pewnego czasu wydawało mi się, może nadal wydaje, że głównym, największym, najdłuższym, najistotniejszym schodkiem do szczęścia i spokoju jest sarkazm? To nielogiczne! Mając serce, nie można w ten sposób, nie mam racji? Sarkazm i ironia, chłód i niewzruszenie. Serce – kamień – oto co wydawało mi się drogą ku życiu z uśmiechem na ustach – ot, po prostu – bycie ciałem. Wszędzie te myślniki. Podobała mi się kreacja Meursault’a w „Obcym” Alberta Camusa. Dlaczego? Przeczytajcie, bo ja nie umiem tego opisać. Spodobał mi się być może nawet bardziej od Rodiona Raskolnikowa, co osiągiem jest sporym;) Jednak nie jestem taki, być może na szczęście, nie jestem tym kim chciałbym być i się wzruszam i chyba jestem wrażliwy i… mam ochotę na płacz kiedy oglądam film, kiedy ktoś płacze, kiedy ktoś mówi o swoim żalu, o swoim smutku. Niekoniecznie mi się to podoba, bo takim jak ja trudniej istnieć. I nie wiem co dalej napisać… Dodać w ogóle tę notkę? Ostatnio sieć mi szwankuje:/ Nieważne, dobrej nocy! Ale nudna notka:/