W mojej rosołkowej zupie, którą lubiłem (chociaż zup ogólnie nie lubię), pływał wybitny, mój najulubieńszy Poeta przez wielkie Pe, Karol Baudelaire. Krzyczał, wrzeszczał: „Rozstrzelać generała Aupick! Rozstrzelać generała Aupick!” Tak! Dokładnie tak samo, jak w pamiętnym 1848 A.D. Następnie zaczął recytować łamaną angielszczyzną poematy Edgara Poe, którego ubóstwiał i można powiedzieć, przywiódł do Europy. Następnie zapytał mnie, jakie jest moje zdanie o Jeanne Duval – dobra czy zła? A ja na to: „Nie mam pojęcia. Nie znałem tejże.” A miał nasz drogi Karol lat ze czterdzieści. Ciekawe czy zdawał sobie sprawę, że za jakieś 3 lata przyjdzie mu wyjechać i oglądać brzydkie Belgijki (to nie ja, to nie ja – on sam tak o nich pisał, ja tam Belgijki nie widziałem żadnej). Mniejsza już o to! Najgorsze jest, że w mojej zupie prawie w ogóle nie było soli, bo babcia nigdy nie potrafiła dobrze przyprawić rosołku. Zatem Karol zawiedziony brakiem NaCl, wyturlał się na brzeg talerza, po czym powiedział: „See you on Mont Parnasse!” i zniknął. Na jutrzejszy obiad zaprosiłem Leopolda Staffa, chociaż oznajmił iż nie wie czy wpadnie, czy nie zgubi się pośród upstrzonych śniegiem drzewek Cmentarza Powązkowskiego… Zobaczymy!