Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 9.2006

1. Jeśli ktoś z Was nie zauważył, notki na tymże blogu w 99% pisane są w chwilach kryzysu, moralnego niezdecydowania etc. etc. Nie należy na podstawie tychże zapisków wnioskować jaką jestem osobą, a jaką na pewno nie jestem. To tylko słowa, które nie pokazują wszystkiego.

2. Jeżeli ktoś z Was ma mi coś do powiedzenia, to niech mi powie sam, a nie początkowo siedzi cicho, a potem, kiedy ktoś zrobi to pierwszy, dokłada swoje trzy grosze. Ja doceniam szczerość, ale płynącą ze środka osoby, a nie w przypływie złości.

3. Nie wiem, komu z Was wydaje się, że mnie zna i może decydować, co jest dla mnie dobre, a co nie jest. Jednakże, jeśli już ktoś to robi, to niech się łaskawie podpisze imieniem, lub ksywą, którą znam i jestem w stanie skojarzyć z daną osobą.

4. Jeśli ktoś nie jest pewien, czy rozumie moje słowa, to niech ich nie komentuje. Aż rzygać się chce od czytania tych komentarzy, których autor zupełnie minął się z zasadniczym sensem notki.

5. Najbardziej nie trawię, o czym już wspominałem, anonimowości. Jeśli nie masz odwagi podpisać się pod swoimi słowami, ode mnie dostaniesz jedno, na drogę – WYPIERDALAJ!

Dziękuję, więcej do dodania nie mam.

I nie warto się starać. Bo starania nie zostaną docenione. Zawsze będę nieudanym dzieckiem, poczętym może nieco przez przypadek, bo pokój 401 przy ulicy Langiewicza 20F miał swój klimat i tak jakoś wyszło. Może noc później, poczęłoby się coś innego – bo jakie jest prawdopodobieństwo, że ten sam plemnik (spośród sześciuset milionów) zapłodni komórkę jajową tej lub kolejnej nocy? Ale niestety, zdarzyło się to wtedy. Nigdy, nigdzie indziej. I może trzeba się z tym pogodzić. Spełniałem, lub starałem się spełniać swoje marzenia, albo przynajmniej jedno. Takie głupie, dziecinne marzenie o posiadaniu czegoś totalnie własnego. Innym marzeniem są wyspy Fidżi, podróż koleją z Moskwy do Władywostoku, Petersburg i inne, o których nawet nie pamiętam. Ale w życiu nie liczą się marzenia, co? Liczy się tylko schemat, który wszyscy musimy powtórzyć i umrzeć mówiąc do trzymającego nas za dłoń członka rodziny – „nie spełniłem się, nigdy… pierdolone never ever” – jeśli komuś się na łożu śmierci język rozwiąże. Nie pojechałem na Fidżi, bo to gówniarskie dążenia. Na co mi to potrzebne, prawda? Pracowałem jako nauczyciel, w najlepszym przypadku akademicki. Zrobiłem doktorat. O tym wszakże też śniłem etc. Napisałem książkę o Stasiu Trembeckim, a może nawet o Nabokovie. Pieniędzy nigdy nie miałem zbyt wiele, ale wystarczało na podkład dla małżonki i ewentualnie jakiś cień do powiek. A teraz umieram, drogi pseudoMaxie Brod – spal całego mnie, wszystkie moje myśli i zrób to, bo Proces mój właśnie dobiegł końca…


  • RSS