Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 10.2006

W sieć, w pułapkę. W słowa w miłość. Mechanizm jest prosty. Każda ma ochotę na serek, w jakiejkolwiek postaci. I ciach i nie ma i żebra połamane wbijają się w bijące około sześćset razy na minutę serce. Następuje zgon. Niestety, nie ja to wymyśliłem. Nie ja skonstruowałem świat i prawa nim rządzące. Nie ja wymyśliłem, i chwała komukolwiek, ludzi. Uwielbiam ludzi, ot po prostu. I mam +/- pięć uzależnień. Głowa mnie boli. Urodziłem się 17 stycznia tego i tego roku. Dorastałem w przedszkolu, szkole podtawowej, liceum, teraz dorastam do polonistyki. Kto pyta nie błądzi. Ino nikt nie pyta. Wszystko jest proste, nic nie jest proste.
„A żegnać to Ty się umiesz?”
„Umiem! Do widzenia!”

Zbilansujmy dzisiejszy dzień w miarę dokładnie. Otóż:

1. Wstałem po siódmej z uśmiechem na ustach –> [tu działy się rzeczy typowe dla każdego poranka]
2. Wyszedłem na uczelnię, odwiózł mnie tata. W tak zwanym międzyczasie odpisałem na smsa… albo dwa nawet ;)
3. Punkt ten traktuje o tym, że nieważne właściwie są czynności, które dziś wykonałem.
4. Zajęcia, na których byłem (a byłem na wszystkich jako pilny student) też nie grają roli, choć poetyka była kosmiczna, a wykład z antropologii ciekawy, choć nie bogaty w prawdy ponadczasowe (tym razem).
5. Przykro stwierdzić, ale w rzeczywistości liczą się używki, które dziś przyjąłem. A właściwie ich znikomy wpływ na powstanie tej notki, ale o tym za chwilę.
6. Zatem. Wypiłem dziś jedno piwo. Jedno piwo nigdy nie miało wpływu na mój ogólny proces myślenia – z ręką na sercu mówię. Ramę fajek palę ostatnio codziennie, więc to raczej bez wiekszego wpływu. Trawy nie jarałem, nie robię tego i póki co nie zamierzam. Absynt w dzisiejszych czasach to chała (zaledwie 10mg tujonu na litr) – co nie zmienia faktu, że go nie piłem, bo jest dość drogi (na moją kieszeń obecnie wszystko jest drogie, ale nic…) Kawę piłem raz w życiu – najprawdopodobniej 5 lipca tego roku, około godziny dwudziestej czasu GMT, w UK. Czy „wyjęzyczyłem” się wystarczająco? Czy jest jasne, że używki nie mają tu znaczenia? Tak? Cieszę się :>

Let’s dance, czyli jak to się zwykle przechodzi do rzeczy.

Ktoś bardziej urealniony (niż ja) może uznać poniższe wypociny zdeprawowanego przez polonistykę studenta za stek bzdur i nikomu niepotrzebnych idei, które są „zielone, bezbarwne” i w dodatku „wściekle śpią”. Nie! Nie śpią. Obudziły się dzisiaj. Może za kilka dni, tygodni und so weiter stwierdzę, że to wizja szaleńca, albo gówniarska próba autokreacji, albo jeszcze gorzej – nieudana, gówniarska próba autokreacji. Ale, o czym jeszcze nadmienię (o ile nie zapomnę), teraz jest teraz.

Jakoże ostatnimi czasy polubiłem model struktury tekstu określany jako punktowy… Sami się domyślacie :)

1. Życie
Swego czasu uznałem, że umiejętność życia = umiejętność stwarzania pozorów. I poniekąd nadal tak uważam, ale ta definicja nie wyczerpuje w pełni rzeczonego zagadnienia. Matko, ale ja się sile na patetyczny ton :P Wszak to rozprawa, hehe:) No co, no? Przecież już się lajtuję… No dobrze, to się trochę pośmialiśmy, albo tylko ja. Wróćmy do meritum :P Nie jestem biegły w filozofii wszechczasów, właściwie w ogóle nie jestem biegły w filozofii jakiejkolwiek. Niesie to za sobą konsekwencje w postaci takiej oto: nie będę się nad całością życia rozwodził. Właściwie to już mógłbym skończyć ten punkt, ale wtedy po wycięciu tego bełkotu zostałaby tyko cyferka 1. Zatem pytanie o cel życia. Pomyślałem, że celem każdego człowieka jest osiągnięcie szczęścia. Wg etyków (w tym miejscu na filozofii uważałem) nikt nie ma prawa do szczęścia, natomiast wszyscy mamy prawo do tego szczęścia dążyć. No i muszę przyznać, że się z tym zgadzam. Jedna tu tylko zasada obowiązuje – szczęście tak, ale nie kosztem cierpienia drugiego człowieka. Wiadomo, że nie uszcześliwimy wszystkich i każdy nasz wybór kogoś może zranić. Chodzi tu zatem o świadome wyrządzanie cierpienia. Absolutnie niedopuszczalne! Generalizując, a jednocześnie podsumowując ów punkt (który traktuje o Sensie Życia wg Discorta – gdyby ktoś nie dotarł do sedna w wyniku zamotania), powiem tak: życie niesie ze sobą olbrzymi pokład możliwości, alternatyw etc. Droga do szczęścia nie jest ściśle usytuowana pośród tych skrzyżowań. Teoretycznie podążając każdą z tych dróg możemy osiągnąć szczęście – do tego potrzeba troche samozaparcia, wiary (nie mówię o Bogu) i pewności siebie. Większość dróg ukaże nam miłość, przyjaźć, wiara, pieniądze, ironię, sarkazm, nienawiść i wszelkie inne z w/w kategorii. Owe aleje są tak różne i tak podobne, że aż piękne. Chyba niepotrzebnie napisałem ten punkt, bo prawdę mówiąc nie do końca wiem, o co mi w nim chodzi…

2. Miłość (wskazówka: zanegować by potwierdzić)
Mówi się, że miłość jest podstawą szczęścia. A ja mówię, że niekoniecznie. Oczywiście pięknie jest przeżywać miłość i wszelkie jej objawy (poza tą obsesyjną, bo to chore i brzydkie). Ale odpowiedzmy sobie na pytanie: czy ona jest nam niezbędna do szczęścia? Czy nie ma emocji bardziej pewnych, bardziej wyrazistych, bardziej na nas wpływających? A satysfakcja z bycia dobrym? Owszem, miłość powinna nieść taki skutek – dobroć wobec kochanej osoby. Ale przecież łatwo jest czynić dobro osobie, o której myśli się, iż oddałoby się za nią życie. Kocha się ją – nieważne dlaczego (czy kocha się „bo coś tam” czy „pomimo czegoś”). A satysfakcja z bycia dobrym wobec osoby spotkanej pierwszy raz na ulicy? Radość, że uśmiechem wywoła się czyjś uśmiech? …. I tu była pułapka (wskazówka była). Bo czy to wszystko, te całe słówka o satysfakcji nie były ukrytą definicją? Były. Były definicją miłości. Miłości do życia – to dopiero sztuka, to rzeczywiście jest podstawą szcześcia – bo jak ktoś, kto nienawidzi życia może być szczęśliwy? Życie trzeba kochać (aż mi się udobitnienie na język ciśnie – nasza polska, kochana kur** :)) Daruję sobie :P Pokochaj życie, reszta zrobi się sama.

3. Wiara / Bóg
W tym momencie muszę zaznaczyć, że jestem ateistą ze skłonnościami (mimo wszystko) agnostycznymi. Uważam, że nie da się empirycznie udowodnić istnienia Boga. Uważam też, niestety, że Bóg jako ktoś nad nami czuwający nie jest nam potrzebny, bo i tak chcąc rozpieprzyć świat, zrobimy to… Smutne. Nadmieniam jednocześnie, że posiadam olbrzymi szacunek do religii i do wyznawców zarówno judaizmu, katolicyzmu, islamu, jak i hinduizmu, shinto i dżinizmu. Nie lubię tylko zaślepienia i wyzywania innych od bezbożników przez tzw. (analogicznie) bożników. Otóż przypatrzmy się dekalogowi – trzy pierwsze przykazania traktują o Bogu i sposobie wyznawania wiary. Pozostałe siedem traktuje o relacjach międzyludzkich. Iście! Bo to jest najważniejsze. A przykazanie miłości? Owszem, pierwsza jego część traktuje o Bogu i jest wyraźnie oddzielenie Boga od współbliźnich. Z tym że po co? Czy wg doktryny chrześcijańskiej nie jesteśmy wszyscy jego dziećmi? Jego częścią? Zatem łopatologizując (idąc jednocześnie za słowami Chrystusa – „to co uczyniliście swemu bliźniemy, mnieście uczynili”) – no jak sobie to czytam, ten cytat, to chyba nie musze nic na ten temat pisać. Więc tu pozostawmy kwestię przykazania miłości. Do czego zmierzam? Otóż nawet dekalog pokazuje nam, że tu nie Bóg odgrywa najistotniejszą rolę – a przynajmniej nie taki przez nas wykreowany. Tu się liczą Ludzie! Boga nikt nie widział, nie ma nawet pewności, że istnieje naprawdę. A ludzie są. Ludzie bywają samotni, smutni, chorzy, potrzebujący. Ludzie! Miliony ludzi potrzebuje naszej pomocy. Jakiejkolwiek. Nawet zwykłego uśmiechu. Ludzie potrzebują się nawzajem. A Bóg, jeśli jest… Z kogo ma większą radość? Z „recytatora codziennego” czy z kogoś kto sprawi, że drugi człowiek, choćby na chwile, poczuje się szcześliwi i uwierzy w dobro na tym nadpsutym świecie?

4. Szczęście
I tak o to dochodzimy do ostatniego dziś punktu moich pseudoerudycji :D
Szczęścia jako takiego definiował nie będę, bo każdy inaczej je postrzega. Powiem tylko, że jeśli stwierdzasz, że nie chcesz w swoim życiu niczego już zmienić – to właśnie jest szczeście. Wbrew pozorom nie trzeba dożyć wieku emerytalnego, by to stwierdzić. Można to stwierdzić w każdej chwili i powiedzieć sobie „na tę chwilę nie chcę niczego zmieniać” – to już jest szczęście. I tu zataczamy koło. Życie znowu nas dogania. Życie, nawet jeśli je kochamy, idealne nam się nie wydaje – bo idealne nie jest :) Gdyby zestawić całokształt życia i stosunek szczęścia do cierpienia wyszedłby 1:1 (czyli po połowie) – jest dobrze :D Poważnie mówię. 60%-80% chwil szczęśliwych – to albo masz nasrane we łbie i zero kontaktu z rzeczywistością, albo (jak ja) masz cholernego farta :D Powyżej 80% = Bóg istnieje, a Ty nie żyjesz. Zatem co następuje? Jakoże w kolumienkach mam Dżem, zacytuje ś.p. Riedla – „W życiu piękne są tylko chwile”. Tak, wszystko jasne. To są te, wspominane przez dr Rajewskiego, dobre wspomnienia – ja to widze podobnie. „Było dobrze, teraz nie jest. Było, zatem może jeszcze kiedyś będzie.” Cieszmy się chwilą, bo nigdy nie wiadomo co zdarzy się za kilka minut. Nieprzewidywalne. Dążymy stale. Dążymy do śmierci, ale co z tego? Teraz jest teraz (nie zapomniałem :D) – żyjmy tu i teraz, dla ludzi. Dla uśmiechu drugiej osoby, który powoduje uśmiech Twój… warto poświęcić wszystko. Dla jednej chwili szczęścia, którą zapamięta się do końca życia… warto! Warto żyć. Warto to życie kochać. Warto dawać ludziom szczęście. Choćby przez chwilę. Niech choć przez chwilę czują się potrzebni i najlepsi na świecie – to, co będzie później już nie jest tak istotne – bo czy to później w ogóle będzie, tego nie wie nikt :)

Na tej podstawie doszedłem do wniosku (może jednodniowego), że rozumiem mechanizmy rządzące egzystencją. Nie wiem czy ująłem to tak jak być powinno, tak jak na spotkaniu z Elwirą, której serdecznie dziękuję, bo to właśnie wtedy dostałem słowotoku, a ona chyba troche się ze mnie śmiała :P Dziękuję Wam, którzy mnie otaczacie i pokazujecie, że inni też mają uczucia i że czasem moje błazeństwo kogoś choć troszkę pocieszy. Nie, nie powiem, że Was kocham :D Do usłyszenia:> Uciekam na cowieczorną podróż dookoła Równoległego Świata :>

Post Scriptum: Za błędy przepraszam, ale nie chce mi się tego drugi raz czytać i poprawiać.


  • RSS