Były jakieś znaki twojej niepodległej części osobowości, świadomości, czegokolwiek. Kiedyś nazywałeś to na literę S., potem na literę C, jako integralną część tego, co w całości nazywa się D. To coś pomogło Ci wstać, albo kazało stać i chodzić, by nie siedzieć, by móc zrobić cokolwiek, kiedy przyjdzie na to pora. To coś chciało wedrzeć się do wewnątrz pewnej kobiety, tylko i wyłącznie dla hedonistycznej przyjemności. To nie miało i nie ma innych uczuć poza zwierzęcością. To coś nakazuje czasem zrobić to, a nie nic innego. Można zwalić na to wiele win i zła. To. To. To. To nie umrze nigdy, skoro nie umarło do tej pory. Nie umarło na wezwanie Obłędu i Manii, choć Mania była chwilę tylko i zgasła jak płomień świecy, któremu odcięto dostęp powietrza.