Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 5.2007

Jeśli Nabokovy poczynają patrzeć na mnie z półki swoimi kolorowymi oczami i zdaje mi się, iż krzyczą „read me bitch”, to znaczy, że zaczęła się sesja.

Dorwało mnie pod śmietnikiem i puścić nie chce.

Asercje, komisywy, dyrektywy, deklaratywy, ekspresywy.

Searle. Pająk. Blok nr 11, piątek 9:00am.

Jeśli mówię p, to myślę q. Myślę q ilekroć mam ochotę wypowiedzieć kurwa. A ostatnio zdarza się to często.

Twinky Winky, nie daj się. A Ty świnio z misia Uszatka, wpieprzaj ciasteczka cioci Chrum-Chrum, bo Ty też zostaniesz zjedzona. Dob ra no co?

Mam 45 lat i za kilka chwil umrę. Kim byłem? Sędzią. Ważna figura, jak na Rosję w ostatnim dwudziestoleciu poprzedzającym wiek XX (ten okrutny, jak głosi Wołoszański). Uderzyłem się razu jednego o klamkę okna, wtedy, urządzając mieszkanie w Petersburgu – dla mojej żony Praskowii, córki i syna. Od tego czasu w moim organizmie poczęły się dziać nieprzewidziane zdarzenia. Nie chciałem sobie zdać sprawy z faktu, że oto proces mojego umierania znacznie przyspieszył. Tak, ten sam proces, w który wkroczyłem razem z wejściem w dorosłość. Granica nie jest istotna. Chciałem żyć wytwornie, otaczać się pięknymi przedmiotami, pięknymi ludźmi, z wyższych sfer. Co biedniejszych – czy to kuzynów, znajomych, czy kogokolwiek – odrzucałem. W moim domu, także z woli mej małżonki, przebywała tylko elita. Petersburżanie dostojni i inny ułudny chłam tego świata. A teraz powoli (nie mówię, że bezboleśnie) umieram. Uderzenie o wspomnianą klamkę okienną spowodowało jakieś zmiany, które małymi kroczkami doprowadzały mnie do śmierci. Żona z córką niedawno wróciły z teatru. Nie mogły widać znieść mej pełnej utyskiwań i jęków agonii. Teraz wróciły. Pewien jestem, że Praskowia nieraz myślała, by mnie własnoręcznie zabić. Ująć sobie cierpienia związanego z hałasem, który bezsprzecznie powoduję. Bez obawy, moja ukochana, niedługo umrę. Tak, zrobię jej dobrze – ten ostatni raz. Choć i tak, jak sądze, będzie mówić, że jej ciężko, oj ciężko. Bo tak wypada. Mój bliski druh, Piotr, przeżegna się niezliczoną ilość razy i skłoni w każdym kierunku, by nie wywołać zdziwienia w oczach przybyłych na panichidę pseudożałobników. A ja lada chwila spocznę w drewanianym pudle – z wystającym sponad jego obrzeży nosem, twarzą dostojniejszą niż za życia i inne takie iście fizjologiczne aspekty, na które reaguje się tak, a nie inaczej, tylko po to, by podczas zamyślenia robić poważną minę, bo trzeba tak, gdy ktoś zdycha. Nie, nie będę myślał, co było nie najlepiej w moim życiu, a z czego ewentualnie mógłbym być dumny. Śpieszy mi się. Wbrew pozorom. Za moment wyproszę całą swoją rodzinę za drzwi, poproszę o wybaczenie, choć są tacy sami jak ja, a potem… przyznawszy się, że już od dawna jestem martwy – umrę.

Postać bohatera powyższego tekstu i wszystkie opisane zdarzenia fabularne zostały zaczerpnięte z opowiadania Lwa Tołstoja pt. „Śmierć Iwana Iljicza” z 1886 roku.

Nie wiem jakie to może mieć znaczenie dla jego nadnaturalnych umiejętności pytania o godzine w taki sposób, że człowiek zastanawia się, czy chodzi właśnie o tę godzinę, tu i teraz i nigdzie indziej, jednak należy zauważyć, że mój Osiedlowy Chrystus obciął włosy. Ledwo go poznałem, gdy siedział na tej pół-ławce, wpatrzony, jak zwykle, gdzieś tam. W wyniku urodzenia z wadą biodra, stawów, kości udowej, albo nawet głowy, chodzi, żeby nie użyć za dużego/za małego słowa, dziwacznie. Właściwie to normalnie, jak na kogoś, kto chodzi dziwnie, czyli nie tak jak większość (bo taką niestety przyjmuje się definicję dziwności), reasumując: kuleje (hm, jakby nie można było napisać tego jednym zdaniem). Niemniej, obciął włosy. Dlaczego to takie istotne? Otóż wydaje mi się, że ktoś tej rangi nie ścina włosów sam z siebie. Może ukrywa się przed Kajfaszem w Kajtlu Harweju, tj. w kitlu, ze strzykaweczką, bo to nigdy dzisiaj nie wiadomo, a z włosami trudniej niż bez. Może umożliwia mu to podróżowanie autobusem, w którym ostatnio go spotkałem i wówczas ten środek lokomocji wydał mi się równie dziwny, choć codziennie od wielu, wielu lat jeżdżę podobnymi. A może to wszystko brednie i nie ma żadnego Osiedlowego Chrystusa? Nie wiem, sami kombinujcie.

Ilu K*c*y*s*i*c* jest potrzebnych do wymienienia żarówki? Jeśli żarówka jest na standardowej wysokości, to dwóch.

Odsłona V tego oto bloga. Zerwałem z tradycyjnym porządkiem i właściwie zerwałem ze wszystkim, co do tej pory było tutaj, od pamiętnego kwietnia 2003 roku. Archiwum jest, tak jak było, nie kasowałem notek, bo po co? Szary, czerwony, jasnoszary, biały trochę czerni, takie o barwy, bo mi się tak chciało. Nie wiem, czy coś widać, czy nie widać czy oczy bolą czy co. Ja widzę, więc… dla chcącego nic trudnego. A jak mi się zechce, to będę pisał właśnie tak, prawda? Prawda. Co więcej? Nic, zobaczy się, albo się nie zobaczy, bo odzywczaiłem kogokolwiek i nikogokolwiek od tego, że w ogóle piszę. No. To cya.


  • RSS