Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 7.2008

a może weź mnie przytul? albo czasem powiedz, że mnie kochasz. chociaż trochę. a może posłuchaj, co mówię, a nie tylko ciągle a, b, c, d – jesteś chujem. co powiesz? świat jest nieuczesany. świat mnie męczy. „znowu piszesz głupoty.” A jakże? wielkie głupoty, bo całe to życie jest durne jak kilogram gwoździ.

durne gwoździe przybijają do krzyża.

nie chcę tego słuchać. to jest dużo? no mało? na … osób? co byś chciał?
to ssij pałę. umiesz się powiesić? powiesisz mnie? powieś mnie. powieś się. powieść. napisz. zabij zapomnij zgwałć napluj.
tak w ogóle to dobranoc.

śmierdzi szczyną. Riczard, to wszystko gówno. amen.
dobranoc. dobranoc.
dobranoc.

Pan w swoich książkach, o ile dobrze pamiętam, pierdzieli jakieś straszne banialuki, wierutne bzdury wyssane z palca (albo cholera wie skąd, nie wnikam w Pańskie upodobania). Zapyta Pan, i słusznie, czemu tak twierdzę, skąd taka konkluzja i inne podobne pytania, zapisane nieco inaczej, żeby uwypuklić Pana oryginalność (wierzy mi Pan, nie trzeba, jest Pan wręcz przesadnie oryginalny). Ale Mistrzowi nie można pozwolić czekać, toteż już odpowiadam. Gdyby Pańskie słowa były prawdą, to Wszechświat winien podarować mi paczkę fajek, której od czasu do czasu, szczególnie nocami, uporczywie potrzebuję, czy może, jak Pan woli, pragnę. Ewentualnie (skłonny jestem pójść na pewien kompromis) powinien działać potajemnie, by w mojej okolicy otworzyli całodobówkę (W Warszawie są prawie na każdej ulicy, a tu… Tesco – dwanaście minut drogi piechotą, a jest późno i mi się nie chce, poza tym można dostać w buzię). Innymi słowy do dupy. Dziś, wie Pan, wróżyła mi Cyganka, powiedziała, że będę miał dwóch synów i żebym się nie bał miłości. Poznaje Pan? Nawet Romowie Pana czytają, a ostatnio moja znajoma odkryła, że w Iranie też o Panu słyszeli. Słowem, cały świat już Pan opanował. To drobna cząsteczka wszechświata, ale skoro Ziemia jest Pańska, to warto postawić Pierwszy krok w chmurach i to bynajmniej nie w wydaniu Hłaski, bo to, jak mniemam, ma Pan już za sobą. Warto pójść dalej. Mars, Jowisz, Saturn i tak dalej (grosz do grosza, a będzie kokosza), a potem będzie Pan mógł z czystym sumieniem władać wszechświatem… Kwestia czasu, prawda? Na zakończenie mała prośba, jak już Pan to osiągnie, to proszę zagadać, gdzie trzeba, niech mi tę cholerną całodobówkę otworzą, dobrze?

No i musi Pan się bardziej starać. Czemu? Bo moja koleżanka prosiła, żebym przekazał wiadomość:
„ode mnie mu mozesz napisac, ze te jego powiesci i pseudorady to chuj jak ta lala.” Cóż za personifikacja, spodziewał się Pan? Powieści upersonifikowane, ożywione i, zdawałoby się, niezwiotczałe, bo zabrakło tego epitetu. A jak coś jest jak „ta lala”, to raczej na plus, czuje Pan? Genialne uchwycenie kontrastu. Ale jednak „chuj” nie jest wartościowany dodatnio. Niech Pan sam, bardzo proszę, rozstrzygnie, cóż należy wobec zaistniałej sytuacji uczynić. A nuż powstanie jakieś nowe dzieło – Nowa Broda, albo… Zahuj. No i proszę nie zapomnieć o tej całodobówce, bo miast oddawać się nocnym rozkoszom palenia, piszę bzdurne listy w języku, którego i tak Pan nie rozumie. I, błagam o wybaczenie, muszę to powiedzieć… Jebać wszechświat. Amen.

Skin – Nothing But

Otworzył oczy i jego marzenie się spełniło. Paczuszka świeżych pall malli stała się bardziej opływowa. Miała nogi, długie jak czekanie w kolejce do toi toia podczas Juwenaliów. Tyle że mniej bezsensowne. Ręce z pięknie pomalowanymi paznokciami i gładkimi powierzchniami łokci. Piersi, na oko, D. Jasne brodawki, subtelne sutki. Włosy ciemne, rozpuszczone, z lekko zawijającymi się końcówkami. Dodać należy, że była naga, bez tej niewygodnej folijki, którą na ogół nerwowo zrywał, bo po co mu ona. Jej krocze pachniało kolumbijskim tytoniem. Tak mu się zdawało. A zamiast włosów łonowych miała małe, zasuszone i posiekane listki tej cudownej rośliny. Gdyby ją tam podpalić, byłoby jarania dla całej rodziny Kelly. Tylko Angelo nic by nie dostał, bo i tak wygląda jak świnia, a palenie krocza zhumanizowanej paczki fajek nie dodałoby mu klasy.

- Połóż się i rozchyl uda. – Ona, ta paczka fajek, posłusznie wykonuje polecenia. Trochę to nieestetyczne, myśli sobie, żeby zamiast włosów łonowych rósł tytoń. Ale nieważne. Lubił robić kobiecie (kobiecie?) dobrze językiem. Zabrał się do roboty. Zasadniczą wadą tej niewiasty było to, że nie potrafiła wydawać żadnych odgłosów. Z ust leciał jej cuchnący dym. Syf, brud, zgnilizna. Innymi słowy. Ale marzenia nie spełniają się co dzień. Przynajmniej nie puszcza bąków, pomyślał i poprosił ją by zamienili się na role. Działała tak sprawnie, że aż się kurzyło… czy raczej dymiło. Nie, nieprawda, stale się dymiło, a w tym akcie, gdzie podobno owoc jego słodki memu podniebieniu, było coś niegodziwego i, w gruncie rzeczy, przykrego. Odepchnął ją. Nakazał przyjąć pozycję „na pieska”, gdyż lubił mieć kontakt z pośladkami partnerki, bo to niosło dodatkowy ładunek seksualny. Kiedy tak się bawił, zabawiał, pomyślał, że dźwięk jednak ma duże znaczenie. A co mu po wzroku, skoro widzi tylko dym wydostający się z szeroko roztwartych ust? To było wszędzie. Zdawało mu się, że ten obrzydliwy wyziew osiada na wszystkich meblach, oplata każdy ołówek stojący w kubeczku, który dostał od matki na dzień dziecka wiele lat temu.

Z trudem udało mu się wypełnić w końcu tę zdziwaczałą (zdziwczałą) paczkę fajek. Czy tam kobietę, co za różnica? Zziajany, spocony, chwytał powietrze (o ile można było to jeszcze nazwać powietrzem) z złapczywością topielca. Zamknął oczy. Zasnął, jak każdy stuprocentowy meżczyzna po seksie. Widać seks z paczką fajek niewiele się różni od normalnego. Tyle, że ten drugi mniej śmierdzi (nie licząc pierdzenia w momencie szczytowania) i słychać dźwięki.

Ale przecież marzenia nie spełniają się co dzień. A jak już się spełniają, to im się dymi z twarzy i są ciche do tego stopnia, że nawet pierdnięcie przyniosłoby rozkosz i ukojenie. Cóż…

nie stawiaj nigdy więcej, proszę pani, przy obłupanym schodku, kubka z niedopitą kawą z mcdonalda, bo rozbolą mnie okna i na zawsze zechcę panią zapamiętać. a potem napiję się piwa i będę korzystał z ciasnej toalety, w ciasnym lokalu o faraonicznej nazwie. wychodząc zapragnę, nie wiedzieć czemu, spojrzeć pani w oczy. bo, nie wiem, czy pani wie, kubek z niedopitą kawą był symbolem pani powrotu, na który przestałem liczyć. byłem wtedy jakoś nierówno rozbity, bo świat się obsuwał i przeistaczał w sen zebr. w tamtej chwili stała się pani pępkiem mojego świata. pępkiem snu zebr, jedynym niewyśnionym jego elementem. prawdą z cudownymi oczami.

a potem należało wyjść z dwiema tabletkami apapu zawiniętymi w papierek. i sen zebr ogarnął wszystko, łącznie z mięsem i warzywami, które upchnięto w kebabową tortillę. stawiaj już zawsze, proszę pani, przy obłupanym schodku, kubek z niedopitą kawą z mcdonalda.

Oto nowa odsłona tego czegoś, tego mojego. Takiego o. Sobie o. Jakiegoś. Czegoś i tak dalej. Mnie się podoba. Idę zapalić.


But I, being poor, have only my dreams;
I have spread my dreams under your feet;
Tread softly because you tread on my dreams.


W.B. Yeats

Skin & Maxim – Carmen Queasy

Odkryłem ostatnio, że moje życie w dużej mierze składa się z wciskania klawisza F5 na mojej rozklekotanej klawiaturze. Bo wydaje mi się, że ciągle na coś czekam. A nawiasy są puste, a „odebrane: 0″, a i jeszcze, należy dodać, permanentny niemalże brak !. Pomyślałem również, że hipermarket to kiepskie miejsce. Smutne. Zwłaszcza, by szukać tam kobiety. Na ogół buty byłyby nie takie, za małe, za duże. Łóżko z Ikei by skrzypiało, a sąsiadka podcinałaby sobie żyły. Bo to się nazywa, proszę Państwa, romantyzm.


Zdekomponował mi się świat, wiesz?

Kończyłem wczoraj „Kocią kołyskę”. Siedziałem pod daszkiem na Kampusie UW, deszcz lał się z nieba, a ja poczułem się nawet trochę wolny. Prawie jak w sierpniu ubiegłego roku, ale nie z takim natężeniem. Przyjemny klimat, śmierć Mony i piorun uderzający nieopodal. Miałem dziwne przeświadczenie, że tego popołudnia umrę od niego. Nie umarłem. „Tak kręci się ten świat.”


  • RSS