Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 8.2008

Dzień II (14 sierpnia 2008)

*

Należy bezsprzecznie zacząć od tego, że wstaliśmy. Najpierw ja, zrobić siku i zapalić, żeby nie mieć dekadenckich myśli w ciągu dnia. Okazało się, że oprócz licznych śmieci, wokół obozowiska znajduje się mnogość zużytych kondomów. Nie będę pisał, o czym sobie pomyślałem. Kiedy tak sobie siusiałem w najlepsze, pośród chaszczy coś się gwałtownie poruszyło. Obróciłem się, by zidentyfikować potencjalnego intruza. Sarna? Zając? Człowiek? Nie, po mojemu to była psia dupa. Patrzę dalej, między drzewami, no… jak nic, psiakrew, wilk. W końcu blisko lasu. Adam upierał się, że to musiał być pies, bo wilk by tak blisko nie podszedł (byliśmy blisko dość ruchliwej ulicy). Jednak, jak się później okazało (podczas rozmów z atochtonami), obecność wilka w pobliżu naszego obozu nie byłaby niczym absurdalnym – ponoć pod Lwowem to nagminne. Tak o to kończy się historia, jak to B. zobaczył bestię. Ponowne amen.

**

Rowery, spięte w nocy zapięciami, były całe i zdrowe. Wypiliśmy ciepłe napoje – jedni kawę, inni herbatę. Jedzenia nie posiadaliśmy, więc po złożeniu namiotów ruszyliśmy w dalszą drogę, w stronę miejscowości o nazwie Bóbrka (Бiбрка). Po drodze zajechaliśmy do wsi Stare Sioło (Старе Село), gdzie zwiedziliśmy XVIII-wieczną cerkiew, knajpę i zamek Zasławskich, Sieniawskich i innych Lubomirskich, Czartoryskich, Potockich, słowem – różnych. W XIX wieku opuszczony, popadł w ruinę, co nie przeszkadzało mu w byciu ciekawym, atrakcyjnym miejscem. W knajpie zjedliśmy barszczyk, chleb, kwas chlebowy, który, mimo zapewnień Adama, jakoby był lepszy od coli, nie stał i nie stanie się moim ulubionym napojem. Podszedł do nas jakiś podpity jegomość, nieco podstarzały i zaczął w kółko powtarzać jakieś dwa słowa, które brzmiały mniej więcej „waśnia huryśnia” i za cholerę nie wiedzieliśmy, o co mu chodzi. Nadszedł czas, by ruszać dalej. Do wspominanej już Bóbrki. Tam nie było nic wartego uwagi. Jakiś niewielki cmentarz, kościół i dziewczyna z psem. Później udaliśmy się do Świrza, gdzie stoi wspaniale zachowany zamek Świrskich, w którym Adam, gdyby miał pieniądze, urządziłby ekskluzywny hotel. Ale nie ma pieniędzy, więc pewnie za kilkadziesiąt lat zameczek się zawali, a Świrz stanie się dziurą, do której nie opłaca się przyjeżdżać, bo wjazd pod górkę i brzydkie domy. Spędziliśmy tam kilka papierosów i ruszyliśmy dalej.

***

We wsi o ekologicznej nazwie Błotnia, zatrzymaliśmy się na obiad. Na tak zwany obiad. Oscypki, chleb, wędzony kurczak na zimno, napój o smaku płynu do mycia naczyń, ciasto śmietankowe, papierosy, krótka drzemka i jedziemy. Dotarliśmy do wsi Naraiv, a że pora robiła sie późnawa, postanowiliśmy znaleźć jakieś dogodne miejsce do przenocowania. W sklepie dowiedzieliśmy się, że kilka kilometrów za wsią, w stronę lasu, znajduje się siedziba leśnictwa, gdzie, jak utrzymywali mieszkańcy, pozwolą nam przenocować, udostępnią wodę i w ogóle och, ach. No i pięknie, woda, prysznic, bezpieczeństwo – jedziemy. Leśnictwo Huta, położone cholera wie gdzie, nieopodal lasu. Miejsce idealne. Jakiś facet pokazał nam, gdzie możemy rozbić obóz, powiedział, gdzie znajduje się woda i poszedł. Nabraliśmy wody w turystyczny prysznic i w butelki, rozpaliliśmy ogień, zjedliśmy jakąś kolację, wypiliśmy piwo, zapaliliśmy. Pomyliśmy się, co było rozsądne, szczególnie po dwóch dniach niemycia, w gorące ukraińskie dni. Rowerów nie spinaliśmy, uznaliśmy bowiem, że będą bezpieczne. Grzecznie poszliśmy spać, bo byliśmy zmęczeni. Czemu? Bo…

Zrobiony dystans: 79km. (rekord całego wyjazdu)

c.d.n.

Dzień I (13 sierpnia 2008)

*

Wstałem około godziny 8. Musiałem dopakować parę rzeczy, głównie kosmetycznych. Sakwy okazały się niezwykle pojemne, a rower zrobił się diabelnie ciężki. Zjadłem szybkie śniadanie, zrobiłem sobie dwie kanapki na drogę, grzecznie się ubrałem i parę minut po 9. wyszedłem z domu. Podróż na Dworzec Główny PKP zajęła mi niecałe 15 minut. Poczekałem chwilę na Adama i dwie Magdy, tj. na resztę mojej drużyny. Kupiliśmy bilety do Przemyśla, z uwzględnieniem rowerów. Zapakowaliśmy się do pociągu, co nie było takie trudne, bo w przedziale rowerowym było pusto. O 10. pociąg ruszył. Podróż mijała spokojnie, paliłem papierosy, piłem wodę, zjadłem kanapkę. Kilka stacji, np. Kraśnik, Stalowa Wola i więcej nie pamiętam. Koniec podróży na Dworcu Głównym PKP w Przemyślu. Godzina 14. z minutami. Czas coś zjeść, najlepiej na ciepło. Niedaleko była mała, taka sobie knajpka. Zjedliśmy wolny obiad, wypiłem, tradycyjnie, colę. Później nastąpiły krótkie zakupy spożywcze i w trasę. Plan był taki – jedziemy do Medyki, przekraczamy granicę pieszo, a później się pomyśli. Fajny plan, co? Powiem więcej, nawet go zrealizowaliśmy. Do Medyki jechaliśmy ok. 40 minut. Tam ostatni papieros w Polsce, zakupy w Biedronce i na odprawę. Jeśli kiedyś ktokolwiek z Was będzie chciał szybko przekroczyć polsko-ukraińską granicę, polecam pojechanie rowerem. Bez kolejek, bez zbędnych formalności – 10 minut i jesteście po drugiej stronie. Amen.

**

Ukraińska przygraniczna miejscowośc, zwana Szechynie, nie jest przesadnie urodziwa, więc nie uważam, jakoby konieczne było poświęcenie jej więcej uwagi. Można zapytać – co dalej? Wymyśliliśmy, że rowerami pojedziemy do najbliższej miejscowości, z której kursują pociągi do Lwowa. Zatem kierunek: Mościska II. Około 10 kilometrów, więc poszło szybko. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że zegarki należy przestawić o godzinę do przodu. Na pociąg, zwany popularnie elektryczką, musieliśmy poczekać niecałą godzinę. Zatem znowu – fajki, picie, siusiu… Po 40 minutach patrzymy, a z oddali mknie w naszą stronę pociąg. Zaiste – mknie. I to do tego stopnia, że gdybyśmy chcieli się położyć na torze, obok którego staliśmy, umarlibyśmy z głodu, nim ta Niebieska Strzała Wschodu by na nas najechała. Myślę, że ta kwestia nie wymaga dalszych tłumaczeń. Zapakowaliśmy rowery, co nie było tym razem łatwe, gdyż miejsca niewiele, a wejście do wagodu strasznie wysokie. Poczekaliśmy jeszcze ze 20 minut, nim ta błyskawica łaskawie ruszyła. We Lwowie mieliśmy być po dwóch godzinach jazdy – nieźle, zwłaszcza, że dzieliła nas od niego odległość nie większa, niż 60km. Ces’t la vie. Trochę się dłużyło, ale cóż…

***

22:20 Lwów. Ciemno i chłodno. I nie ma fajek. Słowem – bieda. A nie, to nie wszystko – spać też nie ma gdzie. Próbowaliśmy się dodzwonić do niejakiej Oksany, która zapewniała nocleg Adamowi i jednej z Magd, w listopadzie ubiegłego roku. Niestety, bez rezultatu. Polecono nam jakiś hostel, nieopodal Uniwersytetu. Trochę nam zajęło jego szukanie. Właściwie to hostel sam nas znalazł, a konkratnie jego pracownik, który wypatrzył nas na ulicy, podszedł i zaczął mówić, jak to tam nie jest fajnie i że niedrogo i taniej nie znajdziemy. A niedrogo oznaczało 12 euro od grzywki, czyli drogo. Innymi słowy, ta niewygórowana cena ostudziła nasze wybujałe marzenia o prysznicu i ciepłym, normalnym łóżku. Postanowiliśmy wobec tego opuścić miasto i przenocować gdzieś blisko lasu, w namiotach. Przejechaliśmy chyba z 11km, nim udało nam się znaleźć w miare dogodne miejsce. W miarę, bo wokół było sporo śmieci, ale w ciemnościach nie przeszkadzały tak bardzo. Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy szybko kolację – ciastka i resztę kanapek. Wypiliśmy lwowskie piwo i około 4. czasu miejscowego położyliśmy się spać. Było ciepło.

Zrobiony dystans: 52km. (nieźle, jak na pierwszy dzień).

c.d.n.


  • RSS