Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 10.2008

Dzień IX (21 sierpnia 2008)

*

Kiedy się obudziliśmy – stosunkowo wcześnie, jak na nasze dotychczasowe zwyczaje – odkryliśmy, że nie będziemy w stanie rozpalić ogniska, gdyż zabrakło drewna. Dlatego dość szybko zwinęliśmy namioty i ruszyliśmy w trasę. Kiedy dojechaliśmy do miejscowości Szuparka, postanowiliśmy nieco się posilić, uprzednio uzupełniwszy braki wody u jakiejś dobrotliwej pani w średnim wieku. Zatrzymaliśmy się przy sporym, dość dobrze wyposażonym sklepo-barze, gdzie na jednej ze ścian wisiał kalendarz z moim ulubionym zdjęciem cudownej Julii Tymoszenko, ten sam, który zdobi Oli pracownię, a który wyprosiłem od jednej z koleżanek z roku. Dziewczyny kupiły owocowe piwo, taki ukraiński odpowiednik Reddsa, którego nazwy nie pamiętam. Zachwycały się tym pełnym, słodkawym smakiem, podczas gdy my z Adamem popijaliśmy zwykły, lekko gorzkawy browar prosto ze Lwowa. Zapytaliśmy siedzących obok mężczyzn, jak dojechać do miejscowości Krywcze, gdzie zgodnie z planem mieliśmy obejrzeć ruiny zamku i zwiedzić jedną z jaskiń, podobno najatrakcyjniejszą na całym Podolu. Kiedy zasięgnęliśmy dość szczegółowej informacji, ruszyliśmy dalej. Po kilku kilometrach dotarliśmy do wspomnianej wioski – trochę polem, trochę błotnistym traktem, ale jednak się udało. I tu złapał mnie drugi kryzys.

**

Na początku postanowiliśmy udać się do jaskini. Okazało się, że jest płatna, wchodzi się grupami, dzieląc koszty pomiędzy członków. Kiedy doczłapaliśmy się w końcu do wejścia (po niezliczonej liczbie schodków), kobieta odpowiadająca za zwiedzanie, zawiadomiła nas, że niedługo wróci. I poszła. To jej „zaraz” zaczynało nam ciążyć. Dwadzieścia minut. Trzydzieści. Godzina. Godzina i piętnaście minut. Byliśmy coraz bardziej zniecierpliwieni. W końcu spasowaliśmy i odjechaliśmy. Zanim wjechaliśmy do miasteczka w pełnym znaczeniu tego słowa, musieliśmy pokonać sporą, dość stromą górkę, na którą z naszych ust bez przerwy sypały się wulgaryzmy. I po co to wszystko? Ano po to, żeby zobaczyć ledwo co zachowany zamek… Zobaczyć? Właściwie tylko Adam poszedł to obejrzeć, bo my byliśmy do tego stopnia źli, że staliśmy pod sklepem, próbując nieco ochłonąć. Nieco później wróciliśmy kawałek, by coś przekąsić. Naszemu, jak zwykle urozmaiconemu, obiadowi tym razem towarzyszyły trzy zawzięte osy. Wędzony kurczak był zmrożony, kiełbasa bez rewelacji – chyba zaczynaliśmy powoli mieć dość tej wycieczki. Po skończonym posiłku ruszyliśmy dalej w stronę miejscowości Iwanie Puste, w której rzekomo miała się mieścić stacja kolejowa. Zaiste – mieściła się tam. A przynajmniej coś podobnego do stacji. Musieliśmy minąć dwa spore psy, nieprzerwanie ujadające, warczące i nie uwiązane, by dostać się do środka. Jeden pociąg do Tarnopola. Drugi. Jeden do Chmielnickiego. Bez rewelacji, ale niewykluczone, że będziemy musieli, już z Kamieńca Podolskiego, tutaj wrócić, by w ogóle myśleć o kolejowym transporcie w stronę Lwowa. Ruszyliśmy dalej, w kierunku Okopów Świętej Trójcy.

***

Okopy Świętej Trójcy nie stanowią, przynajmniej według mnie, jakiejś niebywałej atrakcji turystycznej. Dość ciekawe ruiny kościoła, resztki murów, kilka chatek… Opasłego tomiska o samej miejscowości raczej bym nie napisał. Jednakże właśnie tam zdarzyła się na tym wyjeździe pierwsza tragedia. Magdzie odpadł pedał. Pomijając fakt, że dość boleśnie się potłukła i pokaleczyła, perspektywa dalszej jazdy bez pedału malowała się raczej w ciemnych barwach. Można wnioskować, analizująć kolejne wydarzenia, że wszyscy, lub przynajmniej jedno z nas, byliśmy urodzonymi farciarzami. Adam zagadał do jakiegoś miejscowego chłopaczka i zapytał, czy nie miałby jakiegoś zapasowego pedału. O dziwo, miał i to, jak mówiła później Magda, całkiem niezły. Zapłaciliśmy mu za to majątek – chyba pięć hrywien, czyli około dwóch i pół złotego. Po zamontowaniu ruszyliśmy dalej. Nie ujechaliśmy sporo. Gdy mijaliśmy most nad rzeką Zbrucz, w naszych głowach pojawił się pomysł, by właśnie tu, nad jej brzegiem, rozbić nasz dzisiejszy obóz. Nie myśląc zbyt długo wróciliśmy do Okopów, zjechaliśmy w dół zbocza i wybraliśmy w miarę dogodne miejsce na nocleg. Komarów zatrzęsienie, ludzi też nie mało, mimo późnawej już pory. Dziewczyny postanowiły udać się do miasteczka po jakieś zakupy na kolację. Nam przypadło rozbijanie namiotów. Zdążyliśmy spełnić naszą misję, zapalić kilka fajek, a Magd dalej nie było. Jarząbek wyraził swoje zaniepokojenie pięknymi słowami: „Ku***, może się zgubiły?” Może. Poszedł ich szukać. Ja zostałem na straży naszego dobytku. Nieopodal czaił się skundlony pies. Widać wyczuł, że mamy resztki jedzenia w jednej z siatek. Ba, na pewno wyczuł, bo chwila mojej nieuwagi, a on złapał w zęby reklamówkę i w długą, a ja zanim – „oddawaj to, złodzieju, bo ci zaje***!!!” Kiedy już traciłem nadzieję, że go dogonię, wypuścił swój łup i uciekł. Jedzenie ocalone. Poczułem się jak bohater… W końcu dziewczyny wróciły. Ale Adama nadal nie było, więc teraz ja poszedłem go szukać. I znalazłem. W pobliskiej knajpie pożyczyliśmy sporo drewna, co znacznie ułatwiło nam rozpalenie ogniska. Kolacja jak zwykle była przepyszna. Czuliśmy, że to być może (jeśli dobrze pójdzie) nasz ostatni nocleg na Ukrainie. Rozmawialiśmy, paliliśmy, spaliłem nieopatrznie swój śpiwór (nie, nie cały, tylko troszkę). Musiałem też towarzyszyć Magdzie podczas jej kąpieli w rzece, gdyż ta panicznie boi się żab. Nie wchodziłem z nią do rzeki, nie spłukiwałem jej włosów, ani nie myłem pleców – po prostu stałem na brzegu, odwrócony tyłem i sygnalizowałem, że jestem obok, gdyby chciała wiać lub słyszała płacz dziecka, co już jej się parę minut wcześniej przydarzyło. Po kąpieli posiedzieliśmy jeszcze jakiś czas, po czym grzecznie udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Zrobiony dystans: 69km.

c.d.n.

Dzień VIII (20 sierpnia 2008)

*

Jak nadmieniłem w poprzednim wpisie, nocleg w Czerwonogrodzie był chyba najprzyjemniejszy ze wszystkich, mimo hałasu i wszechobecnych komarów. Dlatego niespecjalnie spieszyło nam się, by miejsce to opuścić. Pomyliśmy się w strumieniu, zimnym acz kojącym, poszliśmy sfotografować wodospad i napełnić butelki wodą. Spotkaliśmy tam uroczą blondynkę o niebieskich oczach, do której Adam pewnie by podbijał, gdyby nie fakt, że była zajęta, a my, chcąc nie chcąc, musieliśmy ruszać dalej. W perspektywie mieliśmy bynajmniej nieintrygującą wspinaczkę pod górę – trzy i pół kilometra w słońcu, wzdłuż stromych zboczy wzgórza. Byliśmy wykończeni, a przecież to dopiero początek trasy. Później było nieco lepiej. Udaliśmy się drogą w stronę wsi Torskie, do której podróż zajęła nam około półtorej godziny. Postanowiliśmy zrobić postój i coś zjeść. Szczęście w nieszczęściu…

**

Szczęście, bo spotkaliśmy w okolicznej knajpce trzech mężczyzn, w tym emerytowanego nauczyciela historii, który śpiewał nam polskie piosenki i który opowiedział nam wiele ciekawych historii. Wypiliśmy z nimi nieco wódki, długo pogawędziliśmy, co implikowało wspominane już nieszczęście – pora robiła się późnawa, a my byliśmy wciąż przy początku zaplanowanej trasy. Niechętnie ruszyliśmy dalej, w stronę Nowosiłki. Po drodze nie wydarzyło się już nic istotnego, ale czuliśmy, że daleko to my już nie zajedziemy, choć planowo mieliśmy dotrzeć do miejscowości Krzywcze, gdzie miał na nas czekać zamek i jedna z najciekawszych jaskiń na Podolu. Plan jednak nie został zrealizowany. Kiedy dotarliśmy do Nowosiłki, zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie warto byłoby tutaj zostać. Rzeczka nieopodal jakiegoś gospodarstwa, marny widok, śmieci i krowie odchody… Mało zachęcające. Poszliśmy z Adamem poszukać czegoś bardziej odpowiedniego, niestety nie było to łatwe. Od miejscowego chłopca dowiedzieliśmy się, że niedaleko wsi jest jakiś staw. Wytłumaczył nam, jak mniej więcej powinniśmy tam dojechać. Nie myśląc wiele ruszyliśmy, bo zbliżał się zmierzch.

***

I znowu pole. Tak przynajmniej wynikało z wskazówek napotkanych ludzi. Jeden starszy pan, nieco przygłuchy, właśnie taką polecił nam trasę. Znowu – pola, jak okiem sięgnął, więc byliśmy nieco nieufni. Zatrzymał się przy nas jakiś samochód, ale jego kierowca, posiadacz atrakcyjnej córki, nie był nam w stanie w stu procentach pokazać pewnej drogi. Kiedy tak dumaliśmy nad naszym losem, pojawił się kolejny samochód, którego właściciel obwieścił nam, że wybiera się właśnie nad rzeczony staw i żebyśmy jechali za nim, co bez głębszego zastanowienia uczyniliśmy. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy na miejsce. Staw był niewielki, ale spokojny i malowniczy, choć było już po zmroku. Znaleźliśmy nieco drewna, rozpaliliśmy ogień. Alkohol chłodził się w wodzie, pilnowała go olbrzymia żaba. Usłyszeliśmy, że coś szeleści w krzakach. Poczyniliśmy obserwacje, bardzo dokładne. I co się okazało? Że mamy do czynienia z wodnym szczurem. Magda była wstrząśnięta – nie dość, że żaby, to jeszcze szczury. Dzień minął dość szybko, za wiele nie zobaczyliśmy, nie zrobiliśmy też jakiegoś pokaźnego dystansu. Nocleg też ustępował miejsca poprzedniemu. Cóż, nie zawsze może być kolorowo.

Zrobiony dystans: 47km.

c.d.n.

Dzień VII (19 sierpnia 2008)

*

Dzień zapowiadał się ładnie. W planach mieliśmy zwiedzenie Buczacza, Jazłowca i dojechanie do Czerwonogrodu, w którym chcieliśmy przenocować. Prawdę mówiąc był to chyba jedyny dzień, w którym w stu procentach udało się nam zrealizować wyznaczoną trasę. Tak bywa. Zanim zwinęliśmy namioty, położyliśmy je na słońcu, by wyschły. Wziąłem prysznic, zjedliśmy śniadanie składające się z pozostałości dnia poprzedniego i wyruszyliśmy. Po chwili Adam zorientował się, że ma flaka w tylnim kole. Zanim napompował, zdążyłem wypalić któregoś już z kolei papierosa. Wyglądało na to, że powodem utracenia powietrza był nieszczelny wentyl. Ruszyliśmy dalej. We wsi Sokołów uzupełniliśmy braki wody u jakiegoś sympatycznego gospodarza. Od Buczacza dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów, więc dojechaliśmy tam dość szybko i sprawnie. W centrum miasta Adam udał się do banku, by wymienić pieniądze. Kiedy na niego czekaliśmy, podszedł do nas jakiś starszy mężczyzna, który dość dobrze mówił po Polsku i powiedział, gdzie można dobrze zjeść i gdzie możemy zostawić rowery. W tym drugim punkcie chodziło mu o plebanię kościoła katolickiego mieszczącego się nieopodal. To był genialny pomysł. Poznaliśmy tam przesympatycznego księdza, Mikołaja Leskiva, dla którego Magda, jak sama przyznała, mogłaby stanowić coś w rodzaju kury domowej. To się nazywa miłość od pierwszego wejrzenia. Niektórych widać pociąga sutanna, której nota bene ksiądz Mikołaj w chwili spotkania z nami nie posiadał. Nie, nie był nagi. Był ubrany normalnie, w t-shirt i krótkie spodenki. Zaprowadził nas do kościoła (remontowanego już od kilku lat), gdzie pozwolił zostawić sprzęt. Jednocześnie opowiedział co nieco o pracach remontowych, pozwolił nawet zrobić zdjęcia genialnego ołtarza, który się tam mieści. Byliśmy wniebowzięci.

**

Obiad zjedliśmy w poleconej wcześniej przez starszego jegomościa knajpce, w której pracowały dwie kelnerki – jedna ładna, druga brzydka. Ale jedzonko, choć było go niewiele, całkiem nam smakowało. No i litr coli za trzy złote – raj na Ziemi. Odwiedziliśmy klasztor Bazylianów (byliśmy nawet świadkami chrztu) i przyklasztorny cmentarz katolicki, bardzo zaniedbany, choć jednocześnie piękny i klimatyczny. Następnie chcieliśmy zobaczyć cerkiew św. Mikołaja, w której podobno mieścił się wspaniały, jedyny w swoim rodzaju ikonostas. Niestety, nie udało się nam, cerkiew była zamknięta, a wokół żywego ducha. Udaliśmy się zatem do ruin zamku, z których mieliśmy wspaniały widok na panoramę Buczacza. Po drodze mijaliśmy rzekę, której nie było widać. Dlaczego? Bo cała była przykryta plastikowymi butelkami. Smutne, ale i fascynujące. Wróciliśmy do siedziby księdza Leskiva, odebraliśmy rowery. Czekała nas jeszcze długa droga. Do Jazłowca było około 15 kilometrów, więc minęło szybko. Tamtejszy zamek był zdecydowanie najwspanialszym zabytkiem, który do tej pory zobaczyliśmy. Podziemia, wykruszone mury, genialny portal – wszystko to zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Klasztor sióstr zakonnych, położony przy ruinach, z pięknym ogrodem, również był niczego sobie. Niestety, gonił nas czas, powoli zaczynało się ściemniać, a wg mapy do Czerwonogrodu mieliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów. Ruszyliśmy dalej. Z niemałym trudem wyjechaliśmy z Jazłowca – cała droga wyjazdowa wiodła pod górę, ale zaczynaliśmy się przyzwyczajać.

***

We wsi Подилля zapytaliśmy o drogę. Powiedziano nam, że za jakieś pięć kilometrów będzie droga w prawo, biegnąca przez pola, aż do wsi, od której już tylko rzut beretem będzie nas dzielił od Czerwonogrodu. Posłuchaliśmy, bo innego wyjścia nie było. Rzeczywiście, po kilku kilometrach dojechaliśmy do rzeczonego skrętu. Ruszyliśmy polną ścieżką, zapadał zmrok, a przed nami było widać tylko pola, pola, pola i płonące w oddali ogniska. Okazało się, że do Czerwonogrodu był kawał drogi, stopniowo zaczynaliśmy tracić nadzieję, że uda nam się tam dziś dojechać. Noc rozbudziła się na dobre. Nad polami unosiły się chmary komarów, wszyscy byliśmy mocno podenerwowani i zniecierpliwieni. Po drodze spotkaliśmy jeden samochód, którego kierowca zapytał mnie o drogę i, o dziwo, byłem w stanie udzielić mu informacji. W końcu wyjechaliśmy z pól na asfaltową drogę. Tam Adamowi znowu uszło powietrze. Zapytałem jakiegoś rolnika, jak dojechać nad wodospad w Czerwonogrodzie. Powiedział, że to już niedaleko. I tak w rzeczywistości było, tyle że jeszcze trochę się pogubiliśmy, aż w końcu dotarliśmy do miejsca, od którego krętą drogą w dół jechało się do naszego punktu docelowego. Było już dobrze po 21., kiedy zaczęliśmy piechotą schodzić po nierównej, stromej ścieżce. Nie mogliśmy jechać, bo nie należało tego oczekiwać od zniszczonej adamowej dętki. Dotarliśmy na miejsce około 23. Nie byliśmy sami, bo jak się okazało, wodospad w Czerwonogrodzie to bardzo popularne miejsce, do którego codziennie ściąga masa turystów. Było głośno, było alkoholowo, drewna na opał niewiele, ale chyba mimo wszystko właśnie ten nocleg będziemy wspominać jako ten najprzyjemniejszy podczas całego wyjazdu. Nie siedzieliśmy długo, bo byliśmy diabelnie zmęczeni.

Zrobiony dystans: 69km.

c.d.n.

Dzień VI (18 sierpnia 2008)

*

Wstaliśmy, zupełnie tradycyjnie. Kropił deszcz, ale ulewą nie można było tego nazwać. Roznieciliśmy ogień, zjedliśmy jajecznicę, popakowaliśmy namioty, zamieniliśmy kilka słów z jakąś staruszką i wyruszyliśmy w drogę do Koropca, która, wedle ustaleń miejscowych wieść miała trochę polem, trochę lasem. Rewelacje te nie zapowiadały łatwej przeprawy, ale cóż zrobić? Dotarliśmy do rzeczonego lasu, było dosyć chłodno, choć powietrze było ciężkie i parne. Musiało zdrowo popadać parę dni wcześniej, bo trakt był błotnisty, czasem trzeba było zejść z roweru i przeprawiać się pieszo. W końcu wyszliśmy na jakieś pole i ścieżką dotarliśmy do normalnej, choć nieco podziurawionej, asfaltowej drogi. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu naszym oczom ukazał się z dawna oczekiwany Dniestr. Dolina przyciągała wzrok, toteż zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy dalej. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do rozjazdu. W jedną stronę – Koropiec, czyli teoretycznie nasz wczorajszy punkt docelowy, w drugą stronę Bystra, wioska położona tuż przy samej rzece. Opętani jakimś wariactwem ruszyliśmy w tę drugą stronę, mówiąc, że pojedziemy do Koropca okrężną drogą, by lepiej przyjrzeć się nęcącemu nas widokowi naddniestrzańskiemu. I to był błąd.

**

Drogi były zniszczone, prawdopodobnie w wyniku powodzi, która kilkanaście dni wcześniej odwiedziła te tereny. Zjechaliśmy w dół, do doliny, aż do samego brzegu Dniestru. Wybrzeże kamieniste, co zaowocowało krótką zabawą w puszczanie kaczek. Pomarudziliśmy, jak zawsze, pozachwycaliśmy się i ruszyliśmy dalej. Przeprawa do Koropca zajęła nam jeszcze sporo czasu, wliczając w to olbrzymią górkę, którą zechciało się nam ominąć, jadąć po polu. Może pomysł niegłupi, ale później i tak trzeba było wejśc na drogę, co wiązało się z przedzieraniem przez zarośla, osty, pokrzywy i jałowce. Udało się. Koropiec już niedaleko. Czego się spodziewałem? Jakiegoś większego miasteczka, coś zbliżonego do Brzeżan lub chociaż Monasterzysk. Nic bardziej mylnego, swoista wewnętrzna fatamorgana. Koropiec okazał się wiochą zabitą dechami, a jedyną jego atrakcją był Pałac Badenich, popadający w ruinę i będący siedzibą szkoły muzycznej. Dodać tu można jeszcze spostrzeżenie, że ze wszystkich wiosek, które tego dnia odwiedziliśmy, tylko w Koropcu dało się rozpoznać niemałe ślady popowodziowych zniszczeń. Na terenie pałacu spożyliśmy obiad – kanapki ze słoniną i mleko (evviva zdrowa żywność!). Stan kibli pominę, bo nie chcę nikogo zniechęcić. Odpoczęliśmy trochę i ruszyliśmy dalej. Zapytaliśmy o najkrótszą drogę do Złotego Potoku – punktu docelowego w szóstym dniu wycieczki. Nie zapowiadało się to dobrze.

***

Gehenna. Gehenna, bo inaczej tego nie nazwę. Przeprawa przez las w kierunku Ścianki… Najgorsze, co nas dotąd spotkało. Stale pod górę, kilka kilometrów, klęliśmy jak szewcy, co chwila stawaliśmy na fajkę i co chwila zdawało nam się, że to już koniec, a końca nie było. Trwało to dobre dwie godziny, ale możliwe, że krócej, bo czas się zakrzywił. Jeśli kiedykolwiek wcześniej pisałem, że ten i ten odcinek trasy, to była katorga, to cofam. Katorgą był ten cholerny las. I tyle słów komentarza, choć cisną mi się na język jeszcze inne określenia. W końcu jednak dotarliśmy do Ścianki. Tam wypiliśmy piwo, zjedliśmy chipsy, wypaliliśmy kilka papierosów i pomyśleliśmy, że czas ruszać dalej (choć naprawdę nam się nie chciało), bo wieczór nadchodzi. Ten ostatni fragment trasy na szczęście okazał się w miarę przystępny. Po kilkudziesięciu minutach dojechaliśmy do upragnionego Złotego Potoku. W porównaniu z przeklętym Koropcem, była to całkiem przyjemna mieścina. Zrobiliśmy szybkie zakupy i postanowiliśmy zobaczyć zamek. Powinienem w tym miejscu nadmienić, że kiedy tak siedziałem pod tym sklepem, dorwał mnie straszliwy kryzys psychofizyczny. Raz ciepło, raz zimno, raz gorąco, z trudem łapałem powietrze, a fajki mi w tym nie pomagały. Ale udało mi się podnieść i ruszyć dalej, choć nie bez ostrego wkurwienia (wkurzeniem tego nie można nazwać). Zamek bezsprzecznie warty był zobaczenia. Myśleliśmy nawet, żeby w nim przenocować, ale odradziła nam to pewna miejscowa pani. Cóż, chcąc nie chcąc, trzeba było ruszać dalej, co nie spotkało się z aplauzem. Daleko jednak nie pojechaliśmy. Kiedy tylko dotarliśmy do przekreślonej tablicy Złoty Potok, naszym oczom ukazał się niewielki kompleks stawów. Nie było opcji – nie jedziemy dalej, zostajemy tu. Okazało się, że to był bardzo dobry wybór, gdyż niedaleko, w gaju, znajdowało się źródełko, dzięki któremu napełniliśmy turystyczny prysznic i puste butelki. Pomiędzy drzewami znaleźliśmy też drewno na opał. Pięknie. Wszystko co niezbędne. Dziewczyny kupiły jajka i inne dobra spożywcze. Można by rzec, że było to idealne zakończenie tego długiego, męczącego dnia.

Zrobiony dystans: 50km. (niby nie tak dużo, ale odczuliśmy to każdym mięśniem)

c.d.n.

Dzień V (17 sierpnia 2008)

*

Obudziły mnie dziwne dźwięki dobiegające spoza namiotu. Sapania, krzątanina, kto wie, co jeszcze. Dodatkowo popadywał deszcz – pierwszy raz od początku wyjazdu. „Ktoś łazi wokół namiotu.” – pomyślałem nie bez trwogi. Nie było wyjścia, należało wygrzebać się z pieleszy i sprawdzić, co się dzieje. Rozpiąłem wejście, wystawiłem głowę i ujrzałem Madzię majstrującą przy swoim rowerze. Ale to nie ona tak sapała. Winnymi okazały się krowy, wyprowadzone z rana na pastwisko. Wyprowadzone? Chyba raczej wypuszczone samopas. Co chwila jakaś zaczepiała o linki namiotów, ocierała o nie swym cielskiem, patrząc na nas mętnym, przepitym wzrokiem. W miarę możliwości przegnaliśmy je z okolic naszego obozowiska, z przykrością stwierdzając, że gdzieniegdzie pojawiły się oklepanie uformowane krowie ekskrementy. Obudziliśmy resztę. Zrezygnowaliśmy z robienia śniadania, bo kropiący deszcz znacznie utrudniłby rozpalenie ogniska, a godzina była już późna i należało chyżo gotować się do odjazdu.

**

Te nasze chyże przygotowania spowodowały, że wyjechaliśmy około 14. Krótkie zakupy w miejscowym hipermarkecie i w drogę. Cel? Koropiec nad Dniestrem. Było stosunkowo chłodno, przestało padać. Zapowiadał się ładny dzień, lub raczej… popołudnie. Dojechaliśmy do kolejnej wsi, w której postanowiliśmy zjeść śniadanie. Tam zostaliśmy ciepło przyjęci przez miejscowych (co powoli przestawało nas dziwić). Kupili nam piwo, pogadali, wymieniliśmy się kontaktami, wytłumaczyli nam, jak najlepiej dojechać do Monasterzysk (naszego pierwszego ważnego punktu dzisiejszej trasy). Ruszyliśmy dalej. Minęliśmy kilka równie przytulnych wiosek i po niedługim czasie dotarliśmy. Przyznam, że niewiele było tam do oglądania. Niby miasteczko, niby nie takie małe, ale nie raczej nikt z nas nie będzie go miło wspominał. W restauracyjce, w której postanowiliśmy się posilić, nie działała toaleta. Zresztą, zlew też nie działał. Jedzenia było mało, trudno było się tym najeść, ale przynajmniej niedrogo, a cola taka jak wszędzie. I piwo też smaczne. Nie było czasu do stracenia, nieubłaganie zbliżał się wieczór, a do Koropca był jeszcze spory kawałek. W drogę więc!

***

Droga nie była ciężka, nie narzekaliśmy specjalnie, upał nie dawał nam popalić. Jechaliśmy, co jakiś czas robiąc przerwy na papierosa. W pewnej chwili wyprzedził nas samochód, trąbiąc na wszystkich i każdego z osobna. Jechałem wtedy pierwszy. Sypiąca się, rdzewiejąca biała łada zatrzymała się kilka metrów przede mną. Wysiadło z niej czterech czy pięciu facetów, lub raczej jeden facet i trzech lub czterech młodzików w dresach (w Polsce już miałbym pełne portki, ale w tym wypadku się powstrzymałem). Podeszli, zaczęliśmy rozmawiać, zapaliliśmy. Zaproponowali, żebyśmy pojechali za nimi, za niecały kilometr miała być ich wioska – Dubieńki. Po co? To przecież jasne – żeby się napić. Cóż, nie było wyjścia. Kiedy dojechaliśmy, kazali nam poczekać, krzątali się, gadali, przychodzili, znikali, jakiś koleś poczęstował mnie piwem i gumą do żucia. Krótko mówiąc – sprawa robiła się podejrzana. Powiedzieli, żebyśmy podjechali nad jakąś wodę niedaleko, a oni zachwilę przyjadą. Tak też zrobiliśmy. Gdy po naszej lewicy ukazał się niewielki staw, Adam zapytał, co robimy? Czekamy? Jedziemy? Zgodnie orzekliśmy, że cała ta sprawa śmierdzi i ruszyliśmy dalej. Krótko mówiąc – uciekliśmy. Owszem, mieliśmy stracha, że zaczną za nami jechać i mogą być kłopoty. Dlatego gdy dojechaliśmy do następnej wioski, zapytaliśmy jak najkrócej dojechać do Koropca. Wskazali nam jakieś polne ścieżki, proponując oczywiście wódkę (uwzięli się na nas tamtego dnia). Tym razem łatwo udało się nam odmówić. Po licznych trudach dotarliśmy do wioski Zalisja, podobno położonej bardzo blisko Koropca. Jednak byliśmy wycieńczeni, nieco spanikowani i niechętni do kontynuowania podróży. Dlatego zapytaliśmy jakiejś kobiety, czy moglibyśmy się rozbić koło jej gospodarstwa. Na początku nie była tym faktem pocieszona, ale stopniowo nabrała do nas zaufania. Dała nam wodę, sprzedała jajka i jakieś warzywa. Koniec końców rozłożyliśmy się nieco dalej, pod drzewami. Pomyliśmy się, upichciliśmy jak zwykle przepyszną kolację, pomarudziliśmy, zapaliliśmy i poszliśmy spać.

Zrobiony dystans: 48km.

c.d.n.

Dzień IV (16 sierpnia 2008)

*

Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, jakie bywają skutki alkoholowych libacji w kontekście dnia kolejnego. Powiem krótko – wstaliśmy stosunkowo późno, tj. mniej więcej koło południa. Popraliśmy ubrania, umyliśmy gary, poszukaliśmy utopionej dzień wcześniej przez Madzię menażki – bezowocnie… Generalnie nie było nam spieszno, by się zwinąć i odjechać. Siedząc na smaganym rzecznym potokiem kamieniu, Adam patriotycznie zacytował naszą narodową komedię i rzekł: „Tu Jej Ekscelencja, dzisiaj dzień wolny – ogłaszam święto państwowe!” Innymi słowy, wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście nigdzie się z Litwinowa nie ruszymy. Zaiste, dzień był upalny, rzeka chłodna, delikatny wiatr, a jedyną wadą umiejscowienia naszego wspaniałego obozowiska było, leżące tu i ówdzie, krowskie łajno – choć w dużej mierze zmarniałe i wysuszone, burzyło tę ukraińską wersję Arkadii.

**

W końcu postanowiliśmy z Adamem ruszyć w daleką i niebezpieczną podróż do wspominanego wcześniej, nieźle wyposażonego sklepu. Po kwas chlebowy, fajki, ciasteczka i inne atrakcje. Kiedy tak wędrowaliśmy Adam wysunął propozycję, że może faktycznie dobrze byłoby tu zostać – zdawało mi się, że to już ustalone, ale rzekłem jedynie, że ja jestem za, dziewczyny, jak mniemam, również. I chyba właśnie wtedy klamka zapadła. W sklepie dowiedzieliśmy się, że podstarzała już ekspedientka poszukuje męża, że czuje się samotna i dość rozochocona. Nie skorzystaliśmy. Wróciliśmy do obozowiska i poczęliśmy w dalszym ciągu oddawać się męczącemu zajęciu biernej egzystencji. Dzień mijał na rozmowach, drzemkach, papierosach i wychwalaniu pomysłu dotyczącego pozostania w Litwinowie na dłużej. Godziny mijały…

***

Kiedy nastał wieczór, tradycyjnie rozpaliliśmy ognisko, otworzyliśmy piwa i klęliśmy na komary. Miejscowi przyszli dość późno, kiedy już traciliśmy nadzieję na to, że jednak się pojawią. Oczywiście przynieśli alkohol, a dodatkowo pasztet, smalec, sporo chleba i różne inne napoje. No i się zaczęła polka z przytupem, jakby to ujęła pani Chmielewska. Rozmawialiśmy, Adam z Andriejem i innymi, ja z Wasylem, który okazał się bardzo w porządku i co chwila częstował mnie papierosem, wiedząc, że moje się skończyły. Porównywaliśmy język ukraiński z polskim i na odwrót. Było naprawdę swojsko. Ciężko było odejść, choć dziewczyny już się położyły, a i mnie zaczynał powoli męczyć ten przepity klimat. Przyjechali jacyś kozacy samochodem. W międzyczasie jakiś ogier przejechał po naszych menażkach skuterem, miażdżąc akurat tę należącą do Madzi – sprawiedliwość musi być :) Adam wypił kilka kieliszków z panami z samochodu, po czym wrócił do namiotu z zamiarem zaśnięcia. Kiedy powoli staczaliśmy się do morfeuszowej krainy, ‚zapukał’ Andriej (bo to chyba był Andriej) i ponownie podjął próby zaproszenia na wpół uśpionego Adama. Powiedział, że jadą teraz do sklepu po wódkę i za dwadzieścia minut wrócą i żeby przyszedł. Odpowiedzieliśmy mu, że już dziś nie, że idziemy spać, że jutro z rana wyjeżdżamy. Wydawało się, że zrozumiał i da za wygraną. Nic bardziej mylnego. Po kilkudziesięciu sekundach powiedział, że dobra, to oni jadą i za parę minut wrócą, by dalej pić. Mieliśmy nadzieję, że jednak nie wrócą. Nadzieja matką głupich… Biedy Adam w samych slipkach wyszedł z namiotu, by pomóc im rozpracować kolejną flaszkę. Gadali o polowaniu, o życiu na Ukrainie, o rolnictwie, o strachu przed miejscową ludnością, o polsko-ukraińskiej braci i, jakby to napisał Vonnegut – „krótko mówiąc, spili się.” Nie tak boleśnie, jak dobę wcześniej, bo to by pewnie zaowocowało kolejnym dniem improduktywizmu i, kto wie, może już nigdy byśmy stamtąd nie wyjechali :P

Zrobiony dyst…. Eeee, może sobie darujmy.

c.d.n.

Dzień III (15 sierpnia 2008)

*

Wstaliśmy około godziny 9. czasu ukraińskiego. Wokół naszego obozowiska kręcił się jakiś starszy mężczyzna (gdybyśmy byli w Polsce, rzekłbym, że żul, ale gospodarzom należy się szacunek), gdyż dostrzegł w altanie pół litra wódki za czternaście hrywien. Powiedziałem mu, żeby przyszedł później, bo to nie moja butelka i nie mogę się nią rozporządzać. Nie wiem, czy zrozumiał, ale poszedł sobie. Kiedy już wszyscy wstali, wypiliśmy herbatę, ogarnęliśmy obozowisko, przyszły jakieś dwie panie i mała dziewczynka. Porozmawialiśmy z nimi, opowiedzieliśmy o planowanej trasie i z wolna ruszyliśmy w drogę – w stronę Brzeżan. Po drodze przyjrzeliśmy się okolicznej cerkiewce, która była w remoncie, zapaliliśmy, pomarudziliśmy i tak dalej. Jedna górka, chyba 10% wzniesienia, albo 11%; wypluliśmy kawałki płuc, ale się udało. Brzeżany leżą w dolinie, co dało nam możliwość „cwałownia” kilkadziesiąt kilometrów na godzinę – wiatr owiewał nam twarze, a przejeżdżające wywrotki sypały piaskiem w oczy. Dojechaliśmy.

**

Miasteczko okazało się dość urokliwe. Posiedzieliśmy chwilę na schodach jakiegoś kościoła, a potem poszliśmy do restauracji. Stoły zastawione, prowincjonalny wystrój, niebrzydkie kelnerki i tanie jedzenie. Minusem był brak ciepłej wody, do czego po dwóch dniach nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni… Smacznie było, zostawiliśmy nawet napiwek, ale nie można powiedzieć, abyśmy byli przesadnie hojni. Plusem stołowania we wspomnianym miejscu było jeszcze to, że pozwolono nam zostawić u nich rowery, dzięki czemu mogliśmy swobodnie spacerować po mieście i nie martwić się obciążeniem. Pora na zwiedzanie. Jedna cerkiew, druga, kościół katolicki (popadający w ruinę, rzekomo odnawiany, czego niestety nie było widać). Zachciało nam się lodów. Właściwie Magdzie się zachciało, ale nieważne… Kiedy zapytaliśmy jakiejś pani o „moroziwo” wskazała nam pięknie usytuowany sklepik – pierwsze piętro większego domu handlowego, po schodkach, już niedługo… raz, dwa, trzy i co? I AGD, RTV i hulaj dusza. Może gdybyśmy wymienili wszystkie posiadane pieniądze, nic nie jedli i nie palili, udałoby się nam kupić którąś z tych nowoczesnych, wspaniałych zamrażarek, które tam wystawiono? Pozostał nam zatem supermarket na parterze. Następnie, po wielu trudach napotkanych podczas szukania ławki (wszystkie były malowane, lub miały być malowane w tym roku, bądź następnym, co eliminowało je z kanonu użytecznych), udaliśmy się na zamek, konkretnie były to ruiny zamku niegdyś należącego do rodziny Sieniawskich. Obecnie trwają tam prace renowacyjne i, jak nam powiedział pan dozorca, potrwają jeszcze jakieś… 25 lat. „Muzeum” zamkowe można było sobie darować, ale całość bez wątpienia warta zobaczenia. Kiedy już się naoglądaliśmy, usiedliśmy w kafejce mieszącej się nie opodal, wypiliśmy, wypaliliśmy, standard. Później na targ, po warzywa na kolację i w drogę.

***

Nie jechaliśmy długo. Dotarliśmy do Litwinowa – niewielkiej wioski, położonej nad rzeką Złota Lipa, z dość dobrze wyposażonym sklepem i smacznym (tak twierdził Adam) kwasem chlebowym. Nie było późno, ale miejscowość nad rzeką, ładnie położona, spokojna, wydała nam się dogodnym miejscem na nocleg. Rozbiliśmy namioty, rozpaliliśmy ogień, oddaliśmy się błogiej przyjemności kąpieli w wartkim strumieniu Złotej Lipy (Madzia utopiła moją menażkę), popijaliśmy piwo etc. Nagle, wraz z nastaniem nocy, zaczęli się schodzić miejscowi. Niemalże wszyscy nas witali, uśmiechali się, zdawało się, że nie mają złych zamiarów. I zaiste, nie mieli. Przyszli do nas później, porozmawiali, poczęstowali samogonem i zaprosili do swojego ogniska, na pieczoną rybkę. Wiadomo, pogaduchy, a to Wasyl, a to Jurij, a to Andriej no i Nadie. Na cztery kobiety, ze trzy były Nadiami. Dorzucić do tego fajki za złotówkę od paczki i naprawdę można by się zastanowić, czy warto było stamtąd wyjeżdżać ;) Wódka, bimber, cokolwiek to było, lało się strumieniami, czego boleśnie doświadczył Adam (to „boleśnie” użyte w celu podkreślenia tragizmu sytuacji, którego bądź co bądź nie było). Chodził potem i powtarzał, że się najebał, po czym zarzekał się, że wcale nie jest pijany. Zażyczył sobie dwa papierosy i stwierdził, że będzie siedział przy ognisku. Kiedy spełniłem jego marzenia, poszedł spać. Nie ma to jak mała imprezka z miejscowymi…

Zrobiony dystans: 38km (słabo, jak na trzeci dzień)

c.d.n.


  • RSS