Dzień III (15 sierpnia 2008)

*

Wstaliśmy około godziny 9. czasu ukraińskiego. Wokół naszego obozowiska kręcił się jakiś starszy mężczyzna (gdybyśmy byli w Polsce, rzekłbym, że żul, ale gospodarzom należy się szacunek), gdyż dostrzegł w altanie pół litra wódki za czternaście hrywien. Powiedziałem mu, żeby przyszedł później, bo to nie moja butelka i nie mogę się nią rozporządzać. Nie wiem, czy zrozumiał, ale poszedł sobie. Kiedy już wszyscy wstali, wypiliśmy herbatę, ogarnęliśmy obozowisko, przyszły jakieś dwie panie i mała dziewczynka. Porozmawialiśmy z nimi, opowiedzieliśmy o planowanej trasie i z wolna ruszyliśmy w drogę – w stronę Brzeżan. Po drodze przyjrzeliśmy się okolicznej cerkiewce, która była w remoncie, zapaliliśmy, pomarudziliśmy i tak dalej. Jedna górka, chyba 10% wzniesienia, albo 11%; wypluliśmy kawałki płuc, ale się udało. Brzeżany leżą w dolinie, co dało nam możliwość „cwałownia” kilkadziesiąt kilometrów na godzinę – wiatr owiewał nam twarze, a przejeżdżające wywrotki sypały piaskiem w oczy. Dojechaliśmy.

**

Miasteczko okazało się dość urokliwe. Posiedzieliśmy chwilę na schodach jakiegoś kościoła, a potem poszliśmy do restauracji. Stoły zastawione, prowincjonalny wystrój, niebrzydkie kelnerki i tanie jedzenie. Minusem był brak ciepłej wody, do czego po dwóch dniach nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni… Smacznie było, zostawiliśmy nawet napiwek, ale nie można powiedzieć, abyśmy byli przesadnie hojni. Plusem stołowania we wspomnianym miejscu było jeszcze to, że pozwolono nam zostawić u nich rowery, dzięki czemu mogliśmy swobodnie spacerować po mieście i nie martwić się obciążeniem. Pora na zwiedzanie. Jedna cerkiew, druga, kościół katolicki (popadający w ruinę, rzekomo odnawiany, czego niestety nie było widać). Zachciało nam się lodów. Właściwie Magdzie się zachciało, ale nieważne… Kiedy zapytaliśmy jakiejś pani o „moroziwo” wskazała nam pięknie usytuowany sklepik – pierwsze piętro większego domu handlowego, po schodkach, już niedługo… raz, dwa, trzy i co? I AGD, RTV i hulaj dusza. Może gdybyśmy wymienili wszystkie posiadane pieniądze, nic nie jedli i nie palili, udałoby się nam kupić którąś z tych nowoczesnych, wspaniałych zamrażarek, które tam wystawiono? Pozostał nam zatem supermarket na parterze. Następnie, po wielu trudach napotkanych podczas szukania ławki (wszystkie były malowane, lub miały być malowane w tym roku, bądź następnym, co eliminowało je z kanonu użytecznych), udaliśmy się na zamek, konkretnie były to ruiny zamku niegdyś należącego do rodziny Sieniawskich. Obecnie trwają tam prace renowacyjne i, jak nam powiedział pan dozorca, potrwają jeszcze jakieś… 25 lat. „Muzeum” zamkowe można było sobie darować, ale całość bez wątpienia warta zobaczenia. Kiedy już się naoglądaliśmy, usiedliśmy w kafejce mieszącej się nie opodal, wypiliśmy, wypaliliśmy, standard. Później na targ, po warzywa na kolację i w drogę.

***

Nie jechaliśmy długo. Dotarliśmy do Litwinowa – niewielkiej wioski, położonej nad rzeką Złota Lipa, z dość dobrze wyposażonym sklepem i smacznym (tak twierdził Adam) kwasem chlebowym. Nie było późno, ale miejscowość nad rzeką, ładnie położona, spokojna, wydała nam się dogodnym miejscem na nocleg. Rozbiliśmy namioty, rozpaliliśmy ogień, oddaliśmy się błogiej przyjemności kąpieli w wartkim strumieniu Złotej Lipy (Madzia utopiła moją menażkę), popijaliśmy piwo etc. Nagle, wraz z nastaniem nocy, zaczęli się schodzić miejscowi. Niemalże wszyscy nas witali, uśmiechali się, zdawało się, że nie mają złych zamiarów. I zaiste, nie mieli. Przyszli do nas później, porozmawiali, poczęstowali samogonem i zaprosili do swojego ogniska, na pieczoną rybkę. Wiadomo, pogaduchy, a to Wasyl, a to Jurij, a to Andriej no i Nadie. Na cztery kobiety, ze trzy były Nadiami. Dorzucić do tego fajki za złotówkę od paczki i naprawdę można by się zastanowić, czy warto było stamtąd wyjeżdżać ;) Wódka, bimber, cokolwiek to było, lało się strumieniami, czego boleśnie doświadczył Adam (to „boleśnie” użyte w celu podkreślenia tragizmu sytuacji, którego bądź co bądź nie było). Chodził potem i powtarzał, że się najebał, po czym zarzekał się, że wcale nie jest pijany. Zażyczył sobie dwa papierosy i stwierdził, że będzie siedział przy ognisku. Kiedy spełniłem jego marzenia, poszedł spać. Nie ma to jak mała imprezka z miejscowymi…

Zrobiony dystans: 38km (słabo, jak na trzeci dzień)

c.d.n.