Dzień V (17 sierpnia 2008)

*

Obudziły mnie dziwne dźwięki dobiegające spoza namiotu. Sapania, krzątanina, kto wie, co jeszcze. Dodatkowo popadywał deszcz – pierwszy raz od początku wyjazdu. „Ktoś łazi wokół namiotu.” – pomyślałem nie bez trwogi. Nie było wyjścia, należało wygrzebać się z pieleszy i sprawdzić, co się dzieje. Rozpiąłem wejście, wystawiłem głowę i ujrzałem Madzię majstrującą przy swoim rowerze. Ale to nie ona tak sapała. Winnymi okazały się krowy, wyprowadzone z rana na pastwisko. Wyprowadzone? Chyba raczej wypuszczone samopas. Co chwila jakaś zaczepiała o linki namiotów, ocierała o nie swym cielskiem, patrząc na nas mętnym, przepitym wzrokiem. W miarę możliwości przegnaliśmy je z okolic naszego obozowiska, z przykrością stwierdzając, że gdzieniegdzie pojawiły się oklepanie uformowane krowie ekskrementy. Obudziliśmy resztę. Zrezygnowaliśmy z robienia śniadania, bo kropiący deszcz znacznie utrudniłby rozpalenie ogniska, a godzina była już późna i należało chyżo gotować się do odjazdu.

**

Te nasze chyże przygotowania spowodowały, że wyjechaliśmy około 14. Krótkie zakupy w miejscowym hipermarkecie i w drogę. Cel? Koropiec nad Dniestrem. Było stosunkowo chłodno, przestało padać. Zapowiadał się ładny dzień, lub raczej… popołudnie. Dojechaliśmy do kolejnej wsi, w której postanowiliśmy zjeść śniadanie. Tam zostaliśmy ciepło przyjęci przez miejscowych (co powoli przestawało nas dziwić). Kupili nam piwo, pogadali, wymieniliśmy się kontaktami, wytłumaczyli nam, jak najlepiej dojechać do Monasterzysk (naszego pierwszego ważnego punktu dzisiejszej trasy). Ruszyliśmy dalej. Minęliśmy kilka równie przytulnych wiosek i po niedługim czasie dotarliśmy. Przyznam, że niewiele było tam do oglądania. Niby miasteczko, niby nie takie małe, ale nie raczej nikt z nas nie będzie go miło wspominał. W restauracyjce, w której postanowiliśmy się posilić, nie działała toaleta. Zresztą, zlew też nie działał. Jedzenia było mało, trudno było się tym najeść, ale przynajmniej niedrogo, a cola taka jak wszędzie. I piwo też smaczne. Nie było czasu do stracenia, nieubłaganie zbliżał się wieczór, a do Koropca był jeszcze spory kawałek. W drogę więc!

***

Droga nie była ciężka, nie narzekaliśmy specjalnie, upał nie dawał nam popalić. Jechaliśmy, co jakiś czas robiąc przerwy na papierosa. W pewnej chwili wyprzedził nas samochód, trąbiąc na wszystkich i każdego z osobna. Jechałem wtedy pierwszy. Sypiąca się, rdzewiejąca biała łada zatrzymała się kilka metrów przede mną. Wysiadło z niej czterech czy pięciu facetów, lub raczej jeden facet i trzech lub czterech młodzików w dresach (w Polsce już miałbym pełne portki, ale w tym wypadku się powstrzymałem). Podeszli, zaczęliśmy rozmawiać, zapaliliśmy. Zaproponowali, żebyśmy pojechali za nimi, za niecały kilometr miała być ich wioska – Dubieńki. Po co? To przecież jasne – żeby się napić. Cóż, nie było wyjścia. Kiedy dojechaliśmy, kazali nam poczekać, krzątali się, gadali, przychodzili, znikali, jakiś koleś poczęstował mnie piwem i gumą do żucia. Krótko mówiąc – sprawa robiła się podejrzana. Powiedzieli, żebyśmy podjechali nad jakąś wodę niedaleko, a oni zachwilę przyjadą. Tak też zrobiliśmy. Gdy po naszej lewicy ukazał się niewielki staw, Adam zapytał, co robimy? Czekamy? Jedziemy? Zgodnie orzekliśmy, że cała ta sprawa śmierdzi i ruszyliśmy dalej. Krótko mówiąc – uciekliśmy. Owszem, mieliśmy stracha, że zaczną za nami jechać i mogą być kłopoty. Dlatego gdy dojechaliśmy do następnej wioski, zapytaliśmy jak najkrócej dojechać do Koropca. Wskazali nam jakieś polne ścieżki, proponując oczywiście wódkę (uwzięli się na nas tamtego dnia). Tym razem łatwo udało się nam odmówić. Po licznych trudach dotarliśmy do wioski Zalisja, podobno położonej bardzo blisko Koropca. Jednak byliśmy wycieńczeni, nieco spanikowani i niechętni do kontynuowania podróży. Dlatego zapytaliśmy jakiejś kobiety, czy moglibyśmy się rozbić koło jej gospodarstwa. Na początku nie była tym faktem pocieszona, ale stopniowo nabrała do nas zaufania. Dała nam wodę, sprzedała jajka i jakieś warzywa. Koniec końców rozłożyliśmy się nieco dalej, pod drzewami. Pomyliśmy się, upichciliśmy jak zwykle przepyszną kolację, pomarudziliśmy, zapaliliśmy i poszliśmy spać.

Zrobiony dystans: 48km.

c.d.n.