Dzień VI (18 sierpnia 2008)

*

Wstaliśmy, zupełnie tradycyjnie. Kropił deszcz, ale ulewą nie można było tego nazwać. Roznieciliśmy ogień, zjedliśmy jajecznicę, popakowaliśmy namioty, zamieniliśmy kilka słów z jakąś staruszką i wyruszyliśmy w drogę do Koropca, która, wedle ustaleń miejscowych wieść miała trochę polem, trochę lasem. Rewelacje te nie zapowiadały łatwej przeprawy, ale cóż zrobić? Dotarliśmy do rzeczonego lasu, było dosyć chłodno, choć powietrze było ciężkie i parne. Musiało zdrowo popadać parę dni wcześniej, bo trakt był błotnisty, czasem trzeba było zejść z roweru i przeprawiać się pieszo. W końcu wyszliśmy na jakieś pole i ścieżką dotarliśmy do normalnej, choć nieco podziurawionej, asfaltowej drogi. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu naszym oczom ukazał się z dawna oczekiwany Dniestr. Dolina przyciągała wzrok, toteż zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy dalej. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do rozjazdu. W jedną stronę – Koropiec, czyli teoretycznie nasz wczorajszy punkt docelowy, w drugą stronę Bystra, wioska położona tuż przy samej rzece. Opętani jakimś wariactwem ruszyliśmy w tę drugą stronę, mówiąc, że pojedziemy do Koropca okrężną drogą, by lepiej przyjrzeć się nęcącemu nas widokowi naddniestrzańskiemu. I to był błąd.

**

Drogi były zniszczone, prawdopodobnie w wyniku powodzi, która kilkanaście dni wcześniej odwiedziła te tereny. Zjechaliśmy w dół, do doliny, aż do samego brzegu Dniestru. Wybrzeże kamieniste, co zaowocowało krótką zabawą w puszczanie kaczek. Pomarudziliśmy, jak zawsze, pozachwycaliśmy się i ruszyliśmy dalej. Przeprawa do Koropca zajęła nam jeszcze sporo czasu, wliczając w to olbrzymią górkę, którą zechciało się nam ominąć, jadąć po polu. Może pomysł niegłupi, ale później i tak trzeba było wejśc na drogę, co wiązało się z przedzieraniem przez zarośla, osty, pokrzywy i jałowce. Udało się. Koropiec już niedaleko. Czego się spodziewałem? Jakiegoś większego miasteczka, coś zbliżonego do Brzeżan lub chociaż Monasterzysk. Nic bardziej mylnego, swoista wewnętrzna fatamorgana. Koropiec okazał się wiochą zabitą dechami, a jedyną jego atrakcją był Pałac Badenich, popadający w ruinę i będący siedzibą szkoły muzycznej. Dodać tu można jeszcze spostrzeżenie, że ze wszystkich wiosek, które tego dnia odwiedziliśmy, tylko w Koropcu dało się rozpoznać niemałe ślady popowodziowych zniszczeń. Na terenie pałacu spożyliśmy obiad – kanapki ze słoniną i mleko (evviva zdrowa żywność!). Stan kibli pominę, bo nie chcę nikogo zniechęcić. Odpoczęliśmy trochę i ruszyliśmy dalej. Zapytaliśmy o najkrótszą drogę do Złotego Potoku – punktu docelowego w szóstym dniu wycieczki. Nie zapowiadało się to dobrze.

***

Gehenna. Gehenna, bo inaczej tego nie nazwę. Przeprawa przez las w kierunku Ścianki… Najgorsze, co nas dotąd spotkało. Stale pod górę, kilka kilometrów, klęliśmy jak szewcy, co chwila stawaliśmy na fajkę i co chwila zdawało nam się, że to już koniec, a końca nie było. Trwało to dobre dwie godziny, ale możliwe, że krócej, bo czas się zakrzywił. Jeśli kiedykolwiek wcześniej pisałem, że ten i ten odcinek trasy, to była katorga, to cofam. Katorgą był ten cholerny las. I tyle słów komentarza, choć cisną mi się na język jeszcze inne określenia. W końcu jednak dotarliśmy do Ścianki. Tam wypiliśmy piwo, zjedliśmy chipsy, wypaliliśmy kilka papierosów i pomyśleliśmy, że czas ruszać dalej (choć naprawdę nam się nie chciało), bo wieczór nadchodzi. Ten ostatni fragment trasy na szczęście okazał się w miarę przystępny. Po kilkudziesięciu minutach dojechaliśmy do upragnionego Złotego Potoku. W porównaniu z przeklętym Koropcem, była to całkiem przyjemna mieścina. Zrobiliśmy szybkie zakupy i postanowiliśmy zobaczyć zamek. Powinienem w tym miejscu nadmienić, że kiedy tak siedziałem pod tym sklepem, dorwał mnie straszliwy kryzys psychofizyczny. Raz ciepło, raz zimno, raz gorąco, z trudem łapałem powietrze, a fajki mi w tym nie pomagały. Ale udało mi się podnieść i ruszyć dalej, choć nie bez ostrego wkurwienia (wkurzeniem tego nie można nazwać). Zamek bezsprzecznie warty był zobaczenia. Myśleliśmy nawet, żeby w nim przenocować, ale odradziła nam to pewna miejscowa pani. Cóż, chcąc nie chcąc, trzeba było ruszać dalej, co nie spotkało się z aplauzem. Daleko jednak nie pojechaliśmy. Kiedy tylko dotarliśmy do przekreślonej tablicy Złoty Potok, naszym oczom ukazał się niewielki kompleks stawów. Nie było opcji – nie jedziemy dalej, zostajemy tu. Okazało się, że to był bardzo dobry wybór, gdyż niedaleko, w gaju, znajdowało się źródełko, dzięki któremu napełniliśmy turystyczny prysznic i puste butelki. Pomiędzy drzewami znaleźliśmy też drewno na opał. Pięknie. Wszystko co niezbędne. Dziewczyny kupiły jajka i inne dobra spożywcze. Można by rzec, że było to idealne zakończenie tego długiego, męczącego dnia.

Zrobiony dystans: 50km. (niby nie tak dużo, ale odczuliśmy to każdym mięśniem)

c.d.n.