Dzień VII (19 sierpnia 2008)

*

Dzień zapowiadał się ładnie. W planach mieliśmy zwiedzenie Buczacza, Jazłowca i dojechanie do Czerwonogrodu, w którym chcieliśmy przenocować. Prawdę mówiąc był to chyba jedyny dzień, w którym w stu procentach udało się nam zrealizować wyznaczoną trasę. Tak bywa. Zanim zwinęliśmy namioty, położyliśmy je na słońcu, by wyschły. Wziąłem prysznic, zjedliśmy śniadanie składające się z pozostałości dnia poprzedniego i wyruszyliśmy. Po chwili Adam zorientował się, że ma flaka w tylnim kole. Zanim napompował, zdążyłem wypalić któregoś już z kolei papierosa. Wyglądało na to, że powodem utracenia powietrza był nieszczelny wentyl. Ruszyliśmy dalej. We wsi Sokołów uzupełniliśmy braki wody u jakiegoś sympatycznego gospodarza. Od Buczacza dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów, więc dojechaliśmy tam dość szybko i sprawnie. W centrum miasta Adam udał się do banku, by wymienić pieniądze. Kiedy na niego czekaliśmy, podszedł do nas jakiś starszy mężczyzna, który dość dobrze mówił po Polsku i powiedział, gdzie można dobrze zjeść i gdzie możemy zostawić rowery. W tym drugim punkcie chodziło mu o plebanię kościoła katolickiego mieszczącego się nieopodal. To był genialny pomysł. Poznaliśmy tam przesympatycznego księdza, Mikołaja Leskiva, dla którego Magda, jak sama przyznała, mogłaby stanowić coś w rodzaju kury domowej. To się nazywa miłość od pierwszego wejrzenia. Niektórych widać pociąga sutanna, której nota bene ksiądz Mikołaj w chwili spotkania z nami nie posiadał. Nie, nie był nagi. Był ubrany normalnie, w t-shirt i krótkie spodenki. Zaprowadził nas do kościoła (remontowanego już od kilku lat), gdzie pozwolił zostawić sprzęt. Jednocześnie opowiedział co nieco o pracach remontowych, pozwolił nawet zrobić zdjęcia genialnego ołtarza, który się tam mieści. Byliśmy wniebowzięci.

**

Obiad zjedliśmy w poleconej wcześniej przez starszego jegomościa knajpce, w której pracowały dwie kelnerki – jedna ładna, druga brzydka. Ale jedzonko, choć było go niewiele, całkiem nam smakowało. No i litr coli za trzy złote – raj na Ziemi. Odwiedziliśmy klasztor Bazylianów (byliśmy nawet świadkami chrztu) i przyklasztorny cmentarz katolicki, bardzo zaniedbany, choć jednocześnie piękny i klimatyczny. Następnie chcieliśmy zobaczyć cerkiew św. Mikołaja, w której podobno mieścił się wspaniały, jedyny w swoim rodzaju ikonostas. Niestety, nie udało się nam, cerkiew była zamknięta, a wokół żywego ducha. Udaliśmy się zatem do ruin zamku, z których mieliśmy wspaniały widok na panoramę Buczacza. Po drodze mijaliśmy rzekę, której nie było widać. Dlaczego? Bo cała była przykryta plastikowymi butelkami. Smutne, ale i fascynujące. Wróciliśmy do siedziby księdza Leskiva, odebraliśmy rowery. Czekała nas jeszcze długa droga. Do Jazłowca było około 15 kilometrów, więc minęło szybko. Tamtejszy zamek był zdecydowanie najwspanialszym zabytkiem, który do tej pory zobaczyliśmy. Podziemia, wykruszone mury, genialny portal – wszystko to zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Klasztor sióstr zakonnych, położony przy ruinach, z pięknym ogrodem, również był niczego sobie. Niestety, gonił nas czas, powoli zaczynało się ściemniać, a wg mapy do Czerwonogrodu mieliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów. Ruszyliśmy dalej. Z niemałym trudem wyjechaliśmy z Jazłowca – cała droga wyjazdowa wiodła pod górę, ale zaczynaliśmy się przyzwyczajać.

***

We wsi Подилля zapytaliśmy o drogę. Powiedziano nam, że za jakieś pięć kilometrów będzie droga w prawo, biegnąca przez pola, aż do wsi, od której już tylko rzut beretem będzie nas dzielił od Czerwonogrodu. Posłuchaliśmy, bo innego wyjścia nie było. Rzeczywiście, po kilku kilometrach dojechaliśmy do rzeczonego skrętu. Ruszyliśmy polną ścieżką, zapadał zmrok, a przed nami było widać tylko pola, pola, pola i płonące w oddali ogniska. Okazało się, że do Czerwonogrodu był kawał drogi, stopniowo zaczynaliśmy tracić nadzieję, że uda nam się tam dziś dojechać. Noc rozbudziła się na dobre. Nad polami unosiły się chmary komarów, wszyscy byliśmy mocno podenerwowani i zniecierpliwieni. Po drodze spotkaliśmy jeden samochód, którego kierowca zapytał mnie o drogę i, o dziwo, byłem w stanie udzielić mu informacji. W końcu wyjechaliśmy z pól na asfaltową drogę. Tam Adamowi znowu uszło powietrze. Zapytałem jakiegoś rolnika, jak dojechać nad wodospad w Czerwonogrodzie. Powiedział, że to już niedaleko. I tak w rzeczywistości było, tyle że jeszcze trochę się pogubiliśmy, aż w końcu dotarliśmy do miejsca, od którego krętą drogą w dół jechało się do naszego punktu docelowego. Było już dobrze po 21., kiedy zaczęliśmy piechotą schodzić po nierównej, stromej ścieżce. Nie mogliśmy jechać, bo nie należało tego oczekiwać od zniszczonej adamowej dętki. Dotarliśmy na miejsce około 23. Nie byliśmy sami, bo jak się okazało, wodospad w Czerwonogrodzie to bardzo popularne miejsce, do którego codziennie ściąga masa turystów. Było głośno, było alkoholowo, drewna na opał niewiele, ale chyba mimo wszystko właśnie ten nocleg będziemy wspominać jako ten najprzyjemniejszy podczas całego wyjazdu. Nie siedzieliśmy długo, bo byliśmy diabelnie zmęczeni.

Zrobiony dystans: 69km.

c.d.n.