Dzień IX (21 sierpnia 2008)

*

Kiedy się obudziliśmy – stosunkowo wcześnie, jak na nasze dotychczasowe zwyczaje – odkryliśmy, że nie będziemy w stanie rozpalić ogniska, gdyż zabrakło drewna. Dlatego dość szybko zwinęliśmy namioty i ruszyliśmy w trasę. Kiedy dojechaliśmy do miejscowości Szuparka, postanowiliśmy nieco się posilić, uprzednio uzupełniwszy braki wody u jakiejś dobrotliwej pani w średnim wieku. Zatrzymaliśmy się przy sporym, dość dobrze wyposażonym sklepo-barze, gdzie na jednej ze ścian wisiał kalendarz z moim ulubionym zdjęciem cudownej Julii Tymoszenko, ten sam, który zdobi Oli pracownię, a który wyprosiłem od jednej z koleżanek z roku. Dziewczyny kupiły owocowe piwo, taki ukraiński odpowiednik Reddsa, którego nazwy nie pamiętam. Zachwycały się tym pełnym, słodkawym smakiem, podczas gdy my z Adamem popijaliśmy zwykły, lekko gorzkawy browar prosto ze Lwowa. Zapytaliśmy siedzących obok mężczyzn, jak dojechać do miejscowości Krywcze, gdzie zgodnie z planem mieliśmy obejrzeć ruiny zamku i zwiedzić jedną z jaskiń, podobno najatrakcyjniejszą na całym Podolu. Kiedy zasięgnęliśmy dość szczegółowej informacji, ruszyliśmy dalej. Po kilku kilometrach dotarliśmy do wspomnianej wioski – trochę polem, trochę błotnistym traktem, ale jednak się udało. I tu złapał mnie drugi kryzys.

**

Na początku postanowiliśmy udać się do jaskini. Okazało się, że jest płatna, wchodzi się grupami, dzieląc koszty pomiędzy członków. Kiedy doczłapaliśmy się w końcu do wejścia (po niezliczonej liczbie schodków), kobieta odpowiadająca za zwiedzanie, zawiadomiła nas, że niedługo wróci. I poszła. To jej „zaraz” zaczynało nam ciążyć. Dwadzieścia minut. Trzydzieści. Godzina. Godzina i piętnaście minut. Byliśmy coraz bardziej zniecierpliwieni. W końcu spasowaliśmy i odjechaliśmy. Zanim wjechaliśmy do miasteczka w pełnym znaczeniu tego słowa, musieliśmy pokonać sporą, dość stromą górkę, na którą z naszych ust bez przerwy sypały się wulgaryzmy. I po co to wszystko? Ano po to, żeby zobaczyć ledwo co zachowany zamek… Zobaczyć? Właściwie tylko Adam poszedł to obejrzeć, bo my byliśmy do tego stopnia źli, że staliśmy pod sklepem, próbując nieco ochłonąć. Nieco później wróciliśmy kawałek, by coś przekąsić. Naszemu, jak zwykle urozmaiconemu, obiadowi tym razem towarzyszyły trzy zawzięte osy. Wędzony kurczak był zmrożony, kiełbasa bez rewelacji – chyba zaczynaliśmy powoli mieć dość tej wycieczki. Po skończonym posiłku ruszyliśmy dalej w stronę miejscowości Iwanie Puste, w której rzekomo miała się mieścić stacja kolejowa. Zaiste – mieściła się tam. A przynajmniej coś podobnego do stacji. Musieliśmy minąć dwa spore psy, nieprzerwanie ujadające, warczące i nie uwiązane, by dostać się do środka. Jeden pociąg do Tarnopola. Drugi. Jeden do Chmielnickiego. Bez rewelacji, ale niewykluczone, że będziemy musieli, już z Kamieńca Podolskiego, tutaj wrócić, by w ogóle myśleć o kolejowym transporcie w stronę Lwowa. Ruszyliśmy dalej, w kierunku Okopów Świętej Trójcy.

***

Okopy Świętej Trójcy nie stanowią, przynajmniej według mnie, jakiejś niebywałej atrakcji turystycznej. Dość ciekawe ruiny kościoła, resztki murów, kilka chatek… Opasłego tomiska o samej miejscowości raczej bym nie napisał. Jednakże właśnie tam zdarzyła się na tym wyjeździe pierwsza tragedia. Magdzie odpadł pedał. Pomijając fakt, że dość boleśnie się potłukła i pokaleczyła, perspektywa dalszej jazdy bez pedału malowała się raczej w ciemnych barwach. Można wnioskować, analizująć kolejne wydarzenia, że wszyscy, lub przynajmniej jedno z nas, byliśmy urodzonymi farciarzami. Adam zagadał do jakiegoś miejscowego chłopaczka i zapytał, czy nie miałby jakiegoś zapasowego pedału. O dziwo, miał i to, jak mówiła później Magda, całkiem niezły. Zapłaciliśmy mu za to majątek – chyba pięć hrywien, czyli około dwóch i pół złotego. Po zamontowaniu ruszyliśmy dalej. Nie ujechaliśmy sporo. Gdy mijaliśmy most nad rzeką Zbrucz, w naszych głowach pojawił się pomysł, by właśnie tu, nad jej brzegiem, rozbić nasz dzisiejszy obóz. Nie myśląc zbyt długo wróciliśmy do Okopów, zjechaliśmy w dół zbocza i wybraliśmy w miarę dogodne miejsce na nocleg. Komarów zatrzęsienie, ludzi też nie mało, mimo późnawej już pory. Dziewczyny postanowiły udać się do miasteczka po jakieś zakupy na kolację. Nam przypadło rozbijanie namiotów. Zdążyliśmy spełnić naszą misję, zapalić kilka fajek, a Magd dalej nie było. Jarząbek wyraził swoje zaniepokojenie pięknymi słowami: „Ku***, może się zgubiły?” Może. Poszedł ich szukać. Ja zostałem na straży naszego dobytku. Nieopodal czaił się skundlony pies. Widać wyczuł, że mamy resztki jedzenia w jednej z siatek. Ba, na pewno wyczuł, bo chwila mojej nieuwagi, a on złapał w zęby reklamówkę i w długą, a ja zanim – „oddawaj to, złodzieju, bo ci zaje***!!!” Kiedy już traciłem nadzieję, że go dogonię, wypuścił swój łup i uciekł. Jedzenie ocalone. Poczułem się jak bohater… W końcu dziewczyny wróciły. Ale Adama nadal nie było, więc teraz ja poszedłem go szukać. I znalazłem. W pobliskiej knajpie pożyczyliśmy sporo drewna, co znacznie ułatwiło nam rozpalenie ogniska. Kolacja jak zwykle była przepyszna. Czuliśmy, że to być może (jeśli dobrze pójdzie) nasz ostatni nocleg na Ukrainie. Rozmawialiśmy, paliliśmy, spaliłem nieopatrznie swój śpiwór (nie, nie cały, tylko troszkę). Musiałem też towarzyszyć Magdzie podczas jej kąpieli w rzece, gdyż ta panicznie boi się żab. Nie wchodziłem z nią do rzeki, nie spłukiwałem jej włosów, ani nie myłem pleców – po prostu stałem na brzegu, odwrócony tyłem i sygnalizowałem, że jestem obok, gdyby chciała wiać lub słyszała płacz dziecka, co już jej się parę minut wcześniej przydarzyło. Po kąpieli posiedzieliśmy jeszcze jakiś czas, po czym grzecznie udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Zrobiony dystans: 69km.

c.d.n.