Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 11.2008

Król Ośmiornica objął tron po takim elekcie (z przypadku i przypadkiem, bywa) z rolniczym zacięciem na twarzy (daruj sobie Tan., to ma być pierdolone incognito). Oj tam mówię, tron. Tron nieśmigany, na którym (czy może w którym) nikt nigdy nie siedział nie się nigdzie nie. Co najwyżej na paluszkach od pępuszka w dół i wtedy ciach, na pół gilotyną pana Amen Przyjdź Pozamiataj i Nie Sikaj Do Kieluchów.

Król Ośmiornica był dobrej myśli, znudzony powtarzalnością pewnych schematów, dogmatów, dogszachów dogwarcabów i Arabów. Że znudzony był, bo i nic dziwnego. Ni pobiegał ni poczłapał, sam się lewą czy prawą ręką czasem tu i tam. Pomyślano dwie ręce. Naprędce. Na wędce, żeby nie było. Było nie było. Się.

Król Ośmiornica nigdy nie lubił tak, a nie inaczej i wydawało mu się, że nie jest skurwielem, ale był i jest.

Nie miałem nic konkretnego do dodania w tej wartkiej, sraczkowatej wręcz, historii. Właściwie nic do powiedzenia nie miałem zupełnie, toteż zburaczyłem, zwieśniaczyłem, pokryłem (tak, pokryłem… srutututu pęczek drutu i guzik z pętelką – zaiste pętelka czasem by się przydała) coś zbełkociłem, bo mi sennie i niezmiennie.

Przeczytane? To spierdalaj.

Są rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Przeczytałem ostatnio króciutki zbiorek opowiadań Zofii Nałkowskiej pt. „Medaliony”. Dla absolwentów liceum niezreformowanego była to, jak zgaduję, lektura obowiązkowa – jedna z całego wysypu pozycji, odnoszących się do tematyki II Wojny Światowej, łagrów, lagrów, Holokaustu i innych przejawów ludobójstwa. Niektórzy twierdzą, że za dużo tego, że to przesada. Być może, tylko że potem mamy sytuacje, gdzie dziecko, które w wieku 9 lat robi sobie krejzi-fotki na Majdanku w krematoryjnym piecu, dorastając nadal nie rozumie, co zrobiło nie tak. Ale nie o tym chciałem pisać.

Wracając do wspomnianej niewielkiej książeczki – wnikliwe, pozbawione oceny studium ludzkiego bestialstwa – z jednej strony oraz niewysłowionego cierpienia – z drugiej. Ludzie przetwarzani w mydło. Chowani w zbiorowych grobach. Bici. Męczeni. Głodzeni. LUDZIE. Co to słowo w ogóle znaczy? To komplement, czy raczej obelga? Nałkowska skupia się na opisywaniu sprawnie funkcjonującego mechanizmu eksterminacji Żydów. Antysemityzm niemiecki. Propaganda, która miała na celu wmówienie ludziom, że Żyd = zło. Uwierzyli w to Niemcy, uwierzyli w to Polacy. Oni, których Wermacht zgniótł, kazał skamleć o kęs chleba; którym łamał nogi, torturował i odbierał ledwie tlącą się nadzieję na przeżycie – uwierzyli do tego stopnia, że ileśdziesiąt lat po wojnie zakładali neonazistowskie formacje, wykrzykujące heil Hitler, Jude Raus! etc. Uwierzyli do tego stopnia, że nawet podstarzałe babcie, stojąc w płaszczach w przedpokoju, tuż przed wyjściem na coniedzielną mszę, muszą nieraz rzucić jakąś antysemicką aluzję, bo inaczej nie byłyby sobą.

Irena Sandler mogła pomóc. Oskar Schindler mógł. Ale te wielmożne panie, które gdy wojna się kończyła miały naście lat, nie mogą, w swym głębokim, zahaczającym wręcz o bigoterię, katolicyzmie, wyzbyć się tych durnowatych poglądów, jakoby Żydzi szkodzili państwu, bo A, B, C i tak naprawdę nie wiadomo, co podstawić pod te zmienne. Ba, myślę, że ze zdefiniowaniem Żyda również miałyby problem. Jakie są różnice pomiędzy Polakami a Żydami w ujęciu stereotypowym, ale też historycznym? Polacy funkcjonowali bez państwa 123 lata, mając w zależności od zaboru zróżnicowane prawa samostanowienia, a chełpią się tym, że zachowali świadomość narodową przez ten czas, jakby był to cholera wie jaki wyczyn. Żydzi nie mieli państwa niemal 2000 lat – trzeba coś dodawać? Zachowali świadomość, zachowali kulturę, ba, nawet wytworzyli swój własny obraz narodu uciskanego, co, nie przeczę, ma na nich bardzo duży wpływ do dziś (nie popieram tego, ale nikt nie jest idealny). Wędrowali po świecie, przenikając w struktury różnych państw, zdobywając bogactwa etc. etc. Nie mogli im tego darować m. in. Polacy, którzy właściwie robiliby to samo (nawet teraz, albo… zwłaszcza teraz) – niestety, brakuje im jaj i talentu, by stworzyć coś, co przyniesie im dobrobyt. Wolą włazić w dupę Amerykanom, Anglikom i innym, jeździć do roboty na zmywak, puszczać się z gentelmenami, bo Angol lepszy niż Polak – jednocześnie upajając się tym mitem o niegdysiejszej sile narodu, który tyle i tyle lat wytrzymał bez państwa. To sny o potędze, to łapanie się wszystkiego, co może ten mit ziścić. Ale marzenia pozostają marzeniami, prawda?

Można mnożyć te biadolenia – jest źle, bo to, bo tamto. My zrobimy, że będzie lepiej, ale najpierw napełnimy brzuchy. Sytuacja naszego kraju nie jest spowodowana tylko i wyłącznie uwarunkowaniami historycznymi. Chodzi tu przede wszystkim o zbiorową mentalność, która co najmniej od epoki romantyzmu pozostaje niezmieniona – tkwienie w mitach i kultywowanie martwej tradycji. Kiedy to się zmieni? Za pięćdziesiąt lat? Za sto? Wątpie, bym tego dożył, ale trudno.

„Naród wspaniały, tylko ludzie chuje.” – Józef Piłsudski

W głowie wciąż pojawiają się pomysły. Kwestia religii, wiary i innych. Sytuacja na pewnej stronie internetowej, związana z konkursem, w którym do wygrania były nie byle jakie nagrody, a który został zorganizowany przez jakichś ułomów intelektualnych i aż wstyd, że współpracowali oni z instytucją o tak, zdawałoby się, niepodważalnym autorytecie, jak PWN. Idea czystego zła. Odzieranie z magii pewnej książki pani Tokarczuk.

po prostu wypierdalaj.

I wszystko to nakłada się na siebie i gra i nie współgra, zwyczajnie gra i tylko. Czas wziąć się za siebie. Aż dziw bierze, że ten dziennik podróży skończyłem, bo gdyby nie motywacja Adama, pewnie nigdy bym tego nie zrobił. Chyba powinienem się położyć. Dziś już niczego nie wymyślę.

piszmy wszyscy do siebie listy.
napiszę do pani, pani T.
jeszcze nie wiem, kiedy, ale… napiszę.

A dzisiejszy świat nie składa się z samych odpowiedzi na listy. Dzisiejszy świat się nie składa w ogóle. A tworzenie poezji zbliżone jest do tworzenia rzygowin, tyle że nieco mniej fizjologiczne. Tylko nieco, bo to jakiś rodzaj wydalenia i to. Ameryki nie odkryłem. Dzisiejszy świat się nie składa w ogóle.

kiedyś o wszystkim ci opowiem,
a ty potem umrzesz
i będę mógł zamieszkać w dziurze twojego zęba.

Dzień XI-XII (23-24 sierpnia 2008)

*

Nocna elektryczka z Kamieńca Podolskiego do Chmielnickiego to z pewnością nie jest szczyt marzeń każdego podróżnika. Ach te wspomnienia, znowu mknąca niebieska strzała Wschodu, znowu pakowanie rowerów. Jednak towarzyszył nam pewien rodzaj smutku, choć może to było zmęczenie. Adam trochę się ożywił, przeszła mu złość zapoczątkowana nieudanym (nieodbytym) zwiedzaniem Twierdzy Kamienieckiej. Kiedy wpakowaliśmy się do pociągu, wszyscy zgodnie zalegliśmy na siedzeniach z zamiarem odespania straconych godzin. Niewiele pamiętam z tej trasy, bo 95% przespałem. Nie wydaje mi się jednak, abym wiele przegapił. Podobnie zresztą, niewiele bym przegapił, gdybym przespał Chmielnickiego, którego przespać nie mogłem, bo trzeba było wysiąść. Jakiś starszy pan powiedział nam, jak mamy dotrzeć na główny dworzec w tym syfiastym, bądź co bądź, mieście. Nie obyło się bez kilku pomyłek, ale nie martwiliśmy się tym zbytnio, bo mieliśmy sporo czasu do odjazdu pociągu w stronę Lwowa. Toalety na dworcu również nie otrzymają wnikliwego komentarza. Powiem tylko, że pasowały do ogólnego obrazu miasta, ale nieco bardziej drażniły nozdrza. W trakcie oczekiwania zjedliśmy drożdżówki, wypiliśmy jogurty. Adam wdał się w długą dyskusję z poznanym wcześniej w elektryczce starszym panem, który transportował swoją wnuczkę również do Lwowa, choć czekał na inny pociąg niż my, czego nie jestem w stanie zrozumieć. Doczekaliśmy się. Pociąg relacji Chmielnicki-Lwów wjechał na tor. Rowery pod pachę i dawaj ładować się do wagonu. I tu po raz pierwszy spotkaliśmy się z nieprzyjemnymi Ukrainkami. Dwie panie z obsługi pociągu nakazały nam rozkładać rowery, bo całych nie zmieścimy i w ogóle co to ma być? My się nie posłuchalismy, choć kłótnia wisiała w powietrzu. W wagonie jakiś mężczyzna podsunął nam pomysł, jak najlepiej ustawić nasz sprzęt. Ta rada okazała się genialna i mieliśmy nawet dwa miejsca do spania (wagon był sypialny). Zasnąłem, podobnie jak Madzia. Adam nawiązał rozmowę z innymi pasażerami. Później, gdy już się obudziłem, przyniósł piwo. Następnie wyszliśmy na papierosa. A pani z obsługi pociągu chyba poczuła się głupio, że inni nas tak ciepło przyjęli po tym, jak na nas nawrzeszczała, bo do końca podróży była względnie miła. Lwów. Poczuliśmy się całkiem blisko domu. Przejechaliśmy ze stacji głównej do miejsca stacjonowania elektryczek. Była 14:17 czasu ukraińskiego. Zobaczyliśmy na rozkładzie, że jedna Strzała Wschodu do Mościsk była… dwie minuty temu, a następna jest za trzy godziny. Jednak mieliśmy to szczęście, że elektryczkom nigdy się nie spieszy. Mimo, że bylo 3-4 minuty po planowanym czasie odjazdu, nasz pociąg w dalszym ciągu stał nieruchomo na jednym z torów. Szybko, bez zbędnych rozczuleń, zapakowaliśmy rowery. O siedzeniu nie było mowy, bo tłok straszliwy. Dwie godziny stania lub siedzenia między wagonami na karimacie, ale niewiele nam już przeszkadzało. Kilkanaście minut po 16. dotarliśmy do Mościsk II, na tę samą stację, z której 11 dni temu rozpoczynaliśmy Ukraina Trip 2008. Ach.

**

Po krótkiej przerwie postanowiliśmy ruszyć na rowerach w kierunku Medyki, tj. do przejścia granicznego. Padał delikatny deszcz. Podróż do granicy zajęła nam kilkadziesiąt minut. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do schludnej knajpki, w której z powodu braku prądu nie mogliśmy zamówić wszystkich preferowanych potraw. Ale z solanką się udało i całe szczęście. Rachunek przerósł nasze oczekiwania, był o 50% wyższy niż standardowe rachunki, które płaciliśmy po skończonym posiłku w Brzeżanach lub Buczaczu. Zdarza się. Później wybraliśmy się na przygraniczne zakupy – krótko mówiąc po fajki i alkohol. Kupiliśmy różne nalewki, wina i Pryłuki, najlepsze papierosy za złotówkę od paczki. Po zapakowaniu towarów udaliśmy się do biura odprawy paszportowej. Tak jak za pierwszym razem, tak i teraz poszło szybko, bez kolejek. Po polskiej stronie jedynie celnik kazał każdemu z nas rozpiąć jedną kieszeń sakwy, spojrzał i pozwolił iść dalej. Byliśmy w Polsce. Jakoś tak dziwnie, co chwila padała jakiaś ‚kurwa’, ‚chuj’ i inne. Właściwie swojsko… Pierwszy papieros w ojczyźnie od 11 dni i rowerowo w stronę Przemyśla. Podróż zajęła nam ok. 40 minut. Zaobserwowaliśmy zupełny brak górek. To już nie było to samo. Dojechaliśmy do centrum, poszliśmy na stację PKP, gdzie kupiliśmy bilety relacji Przemyśl-Lublin, pociąg o godzinie 22:03, czyli mieliśmy ponad trzy godziny wolnego czasu. Cóż począć z takim luksusem? To przecież jasne – poszliśmy do baru na Starym Mieście. Trzeba przyznać, że Przemyśl, sam w sobie cokolwiek brzydki, Stare Miasto ma bardzo interesujące, ładnie oświetlone, przyjemne. Wypiliśmy po dwa piwa, pogadaliśmy, pośmialiśmy się i ruszyliśmy z powrotem w stronę dworca. Pociąg podjechał kilka minut przed 22. Trzeba było zapakować rowery. Do dzieła!

***

Czekała nas jedna przesiadka w Łańcucie z godzinnym postojem. W piewszym pociągu było raczej luźno, spokojnie wstawiliśmy rowery, zajęliśmy miejsca. Dotarliśmy po godzinie jazdy, musieliśmy się wypakować i grzecznie poczekać na bezpośredni już transport do Lublina. Problemy zaczęły się później. Przedział rowerowy okazał się zajęty przez trzy czy cztery inne rowery, co znacznie utrudniło nam dopakowanie naszych. Jednak skoro daliśmy radę w pasażerskim z Chmielnickiego do Lwowa, to musiało się udać i tutaj. Ostatni odcinek trasy schodził na milczeniu, podsypianiu, nieznacznym marudzeniu i paleniu. Około godziny 3. czasu polskiego wjechaliśmy na stację PKP Lublin Główny. Zbliżał się koniec naszej wspaniałej wycieczki. Nasze miasto przywitało nas obfitym deszczem. W hallu dworca zrobiliśmy sobie kilka pamiątkowych zdjęć – wszyscy razem i każdy z osobna. Podumaliśmy, powspominaliśmy chwilę i nadszedł czas, by się pożegnać. Czułe uściski, wstępne umowy odnoszące się do spotkań powyjazdowych i każdy pojechał w swoją stronę… No, prawie. Właściwie ja pojechałem w swoją, oni w swoją – do Adama. Podczas powrotu do domu z dworca zmokłem bardziej niż w ciągu całego pobytu na Ukrainie. Los bywa przerwotny, czyż nie?

Zrobiony dystans: ok. 33km.

*KONIEC*

Dzień X (22 sierpnia 2008)

*

Nie ma to jak poranek nad wspaniałą, szumiącą rzeką Zbrucz. Nie było to to samo, co w Czerwonogrodzie, ale klimat był naprawdę przyjemny. Jednak tego dnia postanowiliśmy się nieco szybciej zebrać, bo wciąż nie mieliśmy planów na powrót do domu i było zagrożenie, że z Kamieńca będziemy musieli się transportować do Skały Podolskiej, by w ogóle myśleć o złapaniu jakiegokolwiek pociągu w stronę Lwowa. Zwinęliśmy namioty, wypiliśmy kawę/herbatę, zjedliśmy szybkie śniadanie i w drogę. Nie przejechałem nawet dwustu metrów, gdy złamał mi się pedał. Cóż, duże obciążenie, nieprawidłowo rozłożone, to musiało się tak skończyć. Nie było tragedii – dało się jechać, choć było to nieznacznie utrudnione. Zrobiliśmy krótki postój przy stacji benzynowej, za którą z Adamem zapaliliśmy papierosa, licząc, że nie wybuchniemy. Nie wybuchliśmy. Ruszyliśmy w stronę Chocimia, przedostatniego punktu naszej oficjalnej trasy. Opuściliśmy obwód Tarnopolski, by wjechać do obwodu Chmielnickiego. Do Chocimia było około 15 kilometrów, więc po godzinie z minutami byliśmy na miejscu. Interesowała nas tak naprawdę tylko jedna rzecz – Zamek.

**

Adam kupił bilety wstępu, przypięliśmy rowery na parkingu i poszliśmy zwiedzać. Spodziewałem się, że więcej eksponatów i miejsc zostało przeznaczonych dla turystów. Niestety – nic bardziej mylnego. Zwiedzanie zamku nie zajęło nam więcej niż godzinę. Spotkaliśmy sporo Polaków. Opowiedzieli nam o swoim sposobie podróżowania – autobusy, pociągi, a noclegi u ludzi poznanych w sieci na specjalnym portalu, który umożliwia dodawanie ofert z noclegiem. Ciekawa sprawa. Zjedliśmy lody w przyzamkowej kawiarence (diabelnie drogiej) i wróciliśmy do naszych rowerów, na parking, gdzie spotkaliśmy polską wycieczkę. Jak wpadliśmy na pomysł, że to Polacy? Po „kurwach”, „skurwysynach” i „pierdoleniu” – a jakże inaczej? Powoli ruszyliśmy w stronę Kamieńca Podolskiego. Wróciliśmy do rozjazdu, skręciliśmy w prawo i w długą – przed nami było ponownie około 15 kilometrów. Nie było łatwo, zmęczenie coraz bardziej dawało się nam we znaki, ale jakoś daliśmy radę. Trasa wjazdowa do miasta stanowiła kilka kilometrów z górki (aż bałem się myśleć, co będzie, jeśli będziemy musieli wyjeżdżać). Pęd powietrza o mało nie zwiał nas z rowerów, ale było przyjemnie. Kamieniec Podolski wita!

***

Pierwszym punktem wycieczki po tym interesującym mieście był obiad w mało uczęszczanej, ukrytej gdzieś głęboko knajpce. Niedrogo, ale czekaliśmy długo, co podrasowało nasz apetyt. Wystrój rybacki, sieci, szkielety rybne i inne akcesoria związane z rybołówstwem, piractwem etc. Posiłek bez rewelacji, ale byliśmy dość głodni. Papieros poobiedni i ruszamy na podbój Kamieńca – to znaczy do jakiegoś parku, w którym rozłożymy karimaty i zrobimy sjestę. I ta sjesta kosztowała nas bardzo wiele, o czym wspomnę za chwilę. Następnie udaliśmy się do samego centrum, by odwiedzić kilka kościołów, klasztorów, wszystko głównie z zewnątrz, ale zawsze. No i nadszedł czas, by udać się do najważniejszego miejsca, najbardziej pożądanego, do Twierdzy Kamienieckiej. Cudnie, pięknie, bo naprawdę byłoby co oglądać. Byłoby… gdyby nie nasza niemal dwugodzinna sjesta. Otóż gdy już zajechaliśmy do wrót wspaniałego zamku, okazało się, że zamykają. Plany były wspaniałe, ale ich realizacja okazała się niemożliwa. Nie pozostało nic innego, jak udać się na stację kolejową i pokombinować, jak najlepiej będzie nam wrócić… przynajmniej do Lwowa. Magdy i ja zostaliśmy przy zamkowym murze, Adam zaś pojechał zasięgnąć informacji. Nie było go około godziny, ale wrócił z dość dobrymi informacjami. Później dziewczyny poszły po wino. Siedzieliśmy stale na tym murku, bo pociąg mieliśmy dopiero o czwartej nad ranem, a że zmierzchało, nie opłacało się nam nigdzie ruszać. Po spożyciu trunków, ciastek i innych atrakcji poszliśmy spać. Wszyscy, poza Adamem, który chyba nie mógł odżałować, że nie dane mu było zobaczenie uroków twierdzy. Obudził nas około pierwszej i zasugerował udanie się już na dworzec, by kupić bilety i w cieple poczekać na naszą elektryczkę do Chmielnickiego (taki właśnie był plan: Kamieniec Podolski – Chmielnicki : Chmielnicki – Lwów). Podróż na stację zajęła nam około 40 minut. Czekając na pociąg zaprzyjaźniliśmy się z dwoma szczeniaczkami, uroczymi, puchatymi i gładkimi. Ciężko powiedzieć, by dworzec w Kamieńcu był przyjemny. Ja byłbym za użyciem epitetu – normalny, zwyczajny, typowy. Wynudziliśmy się nieco w tym długim oczekiwaniu, ale przyświecała nam błoga świadomość, że jutro o tej porze będziemy w domu.

Zrobiony dystans: 36km.

c.d.n.


  • RSS