Lecz cienie zmarłych – Boże mój! – nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas – i tylko młot inaczej dzwoni…

Świat stale się obsuwa, zaplątany gdzieś pomiędzy snem a czarno-białymi zebrami, które w pędzie, nieokiełznane dążą ku drewnianym pastwiskom trumien. Tysiące zjedzonych kebabowych tortilli, tysiące drgnień telefonu i wilgotnych zetknięć w różnych czasach i miejscach. Nawet ten pozostający po pani kubek z mcdonalda okazał się być fikcją, czymś zupełnie innym, niż przyjęliśmy na początku.

A jednak istnieliśmy oderwani, od bruku, od kolejowych szyn, dni, tygodni, nadgniłych mostów, od siebie. I nagle trzeba było wyjść, tym razem bez apapu, bez patrzenia, po prostu, po ciemku i cicho. nie stawiaj już nigdy, proszę pani, przy obłupanym schodku, kubka z niedopitą kawą z mcdonalda. bo nie istnieją schodki, nie istnieją ciasne toalety, a wszystko nam się śni, ja tobie a ty mi, wcale nie ma nas, nie dziejemy się.

[I bardzo dobrze.]