„Gdy mężczyzna wie dokładnie, czego chce,
wyczerpał już jeden z głównych powabów życia.”

H.G. Wells


Prolog

*

Mówię ci, najlepsze dupy jeżdżą na Sławinek. Na Czechów też, czasami. Spójrz na tę tam, przy koszu na śmieci. Ma nieco rozdwojone końcówki. Pieprzyć końcówki, zobacz, jakie ma cycki. Jak to ktoś kiedyś mawiał – wylizałbym do białej kości. Wszystkie na ogół puste, taka wiesz, pustka w oczach, że aż się robi niedobrze. Mam lęk wysokości, kiedy patrzę w przepaść i podobne wrażenie, kiedy łapię kontakt wzrokowy z taką jedną czy drugą. A co to za różnica? Ty chcesz gadać o Wolterze i o spadku popularności literatury iberoamerykańskiej na rzecz harlequinów, czy pobzykać? Jedno i drugie. Autobus podjechał.

**

Prefiks quasi w podtytule tych zapisków został użyty nieco przewrotnie. A nieco nie. Nieco po prostu. Czym zatem będzie tych kilkadziesiąt stron? Bezsprzecznie historią, tak się umówmy. Opowiem o numerach. O rejestrze, galerii, alei sław, zasłużonych, odznaczonych, zdradzonych, okłamanych, olanych i zapomnianych niezapomnianych, które w jakiś tam sposób wpłynęły na moje życie i na to, że te litery, słowa, zdania są poukładane w ten akurat, nieco chaotyczny, sposób. Równie dobrze mógłbym zatytułować ten układ inaczej, powiedzmy, Schody, ale tego nie zrobię, bo numery są już wystarczającym odczłowieczeniem, pozbawieniem indywidualności i tak dalej, choć przecież nie ma nic bardziej indywidualnego, niż jedynka względem dwójki, dwójka względem trójki i tak dalej, przynajmniej do dziewięciu. Dlaczego Schody, gdyby się uprzeć? Poczytamy, zobaczymy, nie poczytamy, nie zobaczymy, najwyżej ktoś o silnych nerwach nam to opowie. Najpierw zrobię to ja.

***

Wiem, że wiele numerów, tutaj opisanych, może mnie później znienawidzić i szczerze mówiąc mam to w dalekim poważaniu, bo moja przeszłość poszła z dymem, a właściwie z dyskiem, który spłatał mi figla na moje własne życzenie i się sformatował, wyrzygiwując zdjęcia, muzykę, dokumenty, książki w formacie .doc i .pdf, słowem – wszystko. Nie płakałem, nie rozwaliłem krzesła, nie zabiłem pingwina, za którego sprawą to wszystko się wydarzyło. Nie było we mnie gniewu ani smutku; co najwyżej zdziwienie, że tak lekko to znoszę. Każdemu opisanemu tutaj numerowi daję prawo mnie nienawidzić, bo w jakiś sposób z pewnością na to zasłużyłem. Będzie to taki żal kolejnych Schodów, coś w rodzaju pytań, dlaczego to nie na mnie skończyła się droga, dlaczego ja nie byłem ostatni, czemu użyłeś mnie tylko po to, by wejść wyżej, a czasem używałeś po to, by staczać się na dół. Pocieszcie się czytające to Schody, stale tkwicie w jednym miejscu, a ja musiałem długo falować góra-dół, by znaleźć się tam, gdzie jestem. Jeśli to marne pocieszenie, trudno. Zacznijmy liczyć.

c.d.n.