Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 3.2009

jestem gramofonową płytą, której nie dotyka igła żadnego adaptera. obracam się jednak, napędzany energią elektryczną lub słoneczną tęskniąc za igłą liżącą moje plecy, czy może grzbiet, wierzch. mam też rowki, co zdumiewające. igła była skłonna niegdyś lizać moje rowki, a teraz jest niby blisko, bo jakiś centymetr, może dwa, ode mnie, a jednak ta przestrzeń wydaje się taka nieprzekraczalna. przemierzam dziesiątki własnych obwodów, setki długości średnic, a igła wciąż jest tak daleko, bo nade mną. płyty gramofonowe nie mają skrzydeł, a choćby i miały, byłyby jak pingwiny, dzięki którym przeszłość poszła w jakieś bliższe lub dalsze zapomnienie i nawet nie było mi szkoda. nadal nie jest mi szkoda.

moja igła się tuła, moja igła udaje, moja igła nie dotyka, nie liże, moja igła nie tęskni, udaje jak udawała. liźnięcia i dotyk, a ja mimo tych udawań dźwięczałem, może i fałszywymi akordami spod fałszywej igły, ale jednak dźwięczałem. a teraz obracam się w ciszy i ciemnym pokoju. i biegają po mnie i wywracają się ósemki. jestem gramofonową płytą, która już nigdy nie zagra, choćby dotknęło ją tysiące innych igieł.

moja głowa oja ołowa połowa głowy mózgu o tej porze po iluś, kilkudziesięciu, po wyciągnięciu, wysraniu, wypieprzeniu wyruchaniu wyrzyganiu wypiciu wymyciu. moja schizofrenia moja schizo moja frenia dementia praecox srekoks. moja bezsennośc, moja teraz już trzecia osiemnaście późną nocą wczesnym rankiem. telerankiem, radiorankiem, internetrankiem, postronkiem, gzymsem. moje mnie ty zabijasz, od iluś, od dwóch, od tygodni, mnie, moje ty niemoje zabijasz choć wciąż żyję żywy ja żywy trup żywy lub martwy a jutro [(cenzura na trzeźwo)] którą masz ty moje nie moje ty moje nie moje moje nie moje jak kocha nie kocha nie kocha nie. jeden płatek po drugim proszę proszę, fasada elewacja odzieżą włosami jedzie, gdyby nie miał, ale jakby nie miał, to go zwinie pan władza, pan kurwa władza.

on chciał się dobrać do mojej pizdy. pizdy glizdy świzdy, obryzgi. lubimy tak. lubimy wilgotne majtki. lubimy ściągać majtki. na ulicy kamienicy dachu strachu stukopukostrachu wysrywamy mózgi i rozjeżdżają nas czołgi. łyk przerwa na cisowianki. potem pójdziemy krwią pójdziemy śliną pójdziemy. moje nie moje, moje wariactwo, moja schizo moja frenia moja nie moja syfiliczną kurwą mogłaby być, nie płakałbym wtedy mając syfilis hiva kiłę czy inne gówno. znowu łyk cisowianki, którego wcześniej tak naprawdę nie było.

spierdalaj. alaj. alej. szalej. moja schizo moja frenia moja eugienia oniegina wredna ślina spomiędzy zębów cieknie, kochanie. kiedy nie masz. kiedy nikogo. nikt nie może. cię skrzywdzić. moja trzecia dwadzieścia cztery. moja trzecia siedemnaście. trzy trzy trzy trzy trzy trzy trzy dwa zero zero wyodrębiony początek sześć zero trzy dwa pięć dwa siedem pięć dwa moja tęsknota milczenie cisza moje mama ama jaja jaja sranie śśśśśś.

moja głowa oja ołowa połowa głowy mózgu o tej porze po iluś,
kilkudziesięciu, po wyciągnięciu, wysraniu, wypieprzeniu wyruchaniu
wyrzyganiu wypiciu wymyciu. moja schizofrenia moja schmoja frenia demetia praekoks. moja bezsennośc, moja teraz już trzecia osieada elewacja odzieżą włosami jedzie, gdy
miał, ale jakby nie miał, to go zwan władza, pan kurwa władza. on chciał się dobrać do mojejmając
syfilis hiva kiłę czy inne gówno. znowu łyk ciso.

Czas

2 komentarzy

Czasami opróżnianie walizki po przebytej podróży przypomina sprzątanie szafy po umarłej osobie. Koszule o zapachu włosów, swetry i lekka mieszanina wilgoci i zwietrzałych perfum. Jeszcze niedawno to niegdyś nazywało się teraz. A teraz nawet nie można już powiedzieć, że będzie jakieś kiedyś. Zwyczajnie unika się patrzenia, dotykania tych znoszonych części garderoby. Ta świadomość, że nigdy, że choćby za kilkadziesiąt lat nie będą pachniały tak samo, gdzieś wewnątrz drażni zmysły. Szum w uszach nie ma nic wspólnego z chłodnymi falami morza, a oczy nie pieką z powodu niewyspania. Smaku nie zabiło półsłodkie wino, ani choćby gorzka, ciepła wódka.

Zapachy, których już nie doświadczymy, chropowata faktura pończoch, której nie poczujemy pod palcami. Konieczność odwrócenia wzroku przestanie być koniecznością, a nasłuchiwanie dzwoniącego telefonu utraci swój jakkolwiek realny wymiar. Razem z ostatnią koszulą wrzuconą do kosza, przestanie mieć znaczenie to niegdyś, czy nawet kiedyś. Nauczymy się istnieć osobno, jak dwa obce sobie zdania, oba zakończone kropką.

przewieszę twoje ciało przez balustradę balkonu. żeby wyschło, w ten ciepły, wczesnowiosenny dzień, jak dziś. krople rozpuszczonego śniegu umyją ci zakrwawione włosy. i mój zielony pies zliże z twoich dłoni zastygłe mięso. kawałki mięsa, gadającego, którym byłeś. połknę twoją wątrobę, gdzie ponoć gnieździ się dusza, w którą nigdy nie wierzyłem i już nie uwierzę.

żelazka mają duszę. nie ludzie. twoje ciało zgnije, mimo słońca, mimo ciepła, mimo wiosny. mimo. sąsiedzi zaalarmują władze, coś strasznie cuchnie, panie władzo, to chyba piętro niżej, ktoś na balkonie trzyma ludzkie zwłoki. będzie lament, w kolumnach. na stole kawałki niedojedzonej wątroby, w której ponoć gnieździła się niegdyś dusza, w którą nie wierzę i nie uwierzę już. nigdy.

a pod stołem walają się niedokończone zdania, niedokończone rozmowy, urwane wpół wyznania. pod wersalką, w kurzu leży jakaś błyskotka. błysk kotka, w oku, między zębami, pod ogonem i w zaschniętym kale, w kuwecie.

w powietrzu unosi się jeszcze, lekko przytłumiony, nieczuły, jak zwykł bywać, zapach gorzkich migdałów.
odwilż dzisiaj, proszę Pani, świeci słońce, którego nie zobaczymy, bo wyłupili nam oczy, odcięli język, a do uszu włożyli rozżarzone igły. Nie poczujemy dziś wiosny, nie pójdziemy na wino. A ten twój trup, twoje truchło na balkonie, przechyli się, puści się z wiatrem i.

przewieszę twoje ciało…

… jak ponownie fajki stały się jedyną rzeczą, dla której wstaję z łóżka.

Koniec.


  • RSS