Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 4.2009

czwartek

7 komentarzy

Dzień dobry. Obudziłeś się dzisiaj około ósmej. Obudziłeś, a właściwie zostałeś obudzony, telefonem pewnej fińskiej marki. Przez zasłonięte żaluzje bogato przedzierały się promienie wczesnego słońca. Proszę wstać, proszę Pana. Dobrze, pytanie tylko po co? Żeby zapalić papierosa wyprodukowanego przez korporację British American Tobacco, takiego samego jak ten, którego od czasu do czasu palił Kurt Vonnegut zanim umarł. To był dobry powód. W każdym razie wystarczający, żeby się jednak podnieść, pospiesznie założyć spodnie i kilkudniową bluzkę w paski, wyjść przed blok, uprzednio, podczas schodzenia po schodach, odpaliwszy zapałkę, w wiadomym celu. Hans Castorp najpierw jadł śniadanie, ale i czasy były inne. Na pewno zauważyłeś, że często po wypaleniu papierosa odczuwasz potrzebę defekacji. Ma to ponoć związek z rozluźnianiem mięśni, trudno powiedzieć, fizjologii nikt Cię nigdy nie nauczył. Rozejrzyj się wkoło – mieszkasz w kraju, gdzie papier toaletowy jest cieńszy od śniadaniowego, gdzie Urząd Skarbowy najchętniej wlepi Ci karę, jeśli nie zdążysz się rozliczyć w wyznaczonym terminie, nawet jeśli to Ty miałbyś otrzymać zwrot pieniędzy. Telewizja lansuje tanie gwiazdki, a Ty, chcąc nie chcąc, musisz na to patrzeć. Na ich majtki, staniki, ślady potu pod pachami. Byle nie nago, bo one wszystkie nago, ale właściwie dlaczego nie nago, jeśli nago też są nienaturalne, wylizane przez photoshopa, od stóp aż po głowę. W dzisiejszym odcinku Przygód z Photoshopem dowiemy się, jak retuszować sutki, żeby nie wyglądały jak wentyle od jelcza. Na dobrą sprawę wystarczy zwykłe skraplanie.

Skończyłeś w kiblu. Wszystko przez ten niewyobrażalnie cienki papier. Powinieneś się ruszyć, wyjść, nie tylko na papierosa, po prostu, pojeździć autobusem, przynajmniej do piętnastej, zanim zrobi się tłok i duchota. Dawno nie kupiłeś żadnej książki, gazety, jogurtu. Właściwie ciągle tylko kupujesz papierosy. Z drugiej strony, po co Ci gazeta? Ciągle o zabójstwach kiełbasą, trzymaniu regału, papierze toaletowym (to akurat zrozumiałe), świńskiej grypie i deszczu ryb nad Ohio. Po godzinie szesnastej spadł deszcz.

Idź, napij się go, zanim zamilknie. I pamiętaj, dzień się nie skończył. Ciągle masz szansę.   

[notitle]

2 komentarzy

A przecież mogłem być przed twoją erą
A przecież mogłaś być przed moją erą…

I tak byłoby, kurwa, o wiele lepiej.

nie chcę być już dłużej twoim psem. mam smycz narysowaną długopisem i mieszkam w dziurawej kartce, w tunelu kartek formatu b5, wokół którego ktoś dorysował budę. merdam ogonem, z pyska dynda mi ociekający śliną język. obroża wbija mi się w kark i tak bez przerwy. mój świat się otwiera, codziennie o stronę dalej, o kilka stron, czasem się cofam, ale do przodu, by coś dopisać w miejscu, gdzie czegoś nie dopisano. wmawiam sobie wytrzymałość, wytrwałość i dużo rzucam mięsem, kurwiam, chujam, pierdolę, żeby się wyrazić. właśnie tak, pierdolę, żeby się wyrazić, żeby wyrazić swoje ubóstwo treściowe poprzez ubóstwo formalne, albo odwrotnie. coś zatem wyróżnia mnie z tłumu tych pierdolących po to, by wytrysnąć.

psy nie mają wyboru. kiedyś padło pytanie za co on siedzi?, to był taki konkurs rzeźb z piasku. budę wokół tunelu kartek b5 narysowano z innych przyczyn, a pytanie mógłbym powtórzyć. kiedyś każda strona zostanie zapisana, a pies, ten pies-ja wśród innych szkiców i zapisków wciąż będzie szczekał w tym samym miejscu, jakieś niezrozumiałe wyszczeknięcia.

przecież to ja mogłem być tym małym chłopcem zaglądającym przez Okno, za którym zobaczyłem takie samo mieszkanie, ten sam spękany tynk i gwóźdź wbity chybotliwie w ścianę. ale nie wrosłem w grunt, chociaż nie zjawił się tramwaj, którym tak bardzo bałbym się odjechać.

tak pode mnie, tak spokojnie się wsuwasz, małymi krokami, poddreptujesz, łaskoczesz mnie za uchem, gdzieś w okolicach środka, gdzieś w oko, gdzieś w licach, mnie skoczesz, łaską. choć bardzo chciałbym wyrzygać oczy, wygryźć lica, odciąć uszy, żeby nie widzieć, nie słyszeć, nie pamiętać dotyku twojej dłoni, odciąć język, który bolał jak nogi, jak łydki po spacerze, szczególnie gdy wywalałem go na brodę. tylko ten twój smak mi dokucza, bo nie jest ani słodki, ani gorzki, słony, pikantny.

stawiam pierwsze kroki, wiesz? co chwilę skręcam, zakręcam, wykręcam, łamię, ścinam i nie chodzę, nie biegam, tylko stawiam, by stało. pierwsze kroki. zrzuć majtki na ziemię, doczołgam się do nich, dotknę . napluj, a zliżę ze smakiem. nasraj, zjem. nasikaj, wypiję. wyrzygaj, tak jak mnie wyrzygałaś, przestanę czuć się samotny. wskaż palcem wilgotne od potu miejsce. wskaż. miejsce. wilgotne. nie od potu. po prostu wilgotne dotykiem, bo i tak się przecież zdarzało.

uporczywie nie możesz stać się moją uryną. nie mogę cię wysikać.
uporczywie nie możesz stać się moim gównem. nie mogę cię wysrać.
uporczywie nie możesz stać się moim wymiotem. nie mogę cię wyrzygać.
uporczywie nie możesz stać się moją łzą. nie mogę cię wypłakać.
uporczywie nie możesz stać się moim okiem. nie mogę cię wydłubać.
uporczywie nie możesz stać się moim uchem. nie mogę cię odciąć.
uporczywie nie możesz stać się moim językiem. nie mogę cię wyrwać.
upor czy wie nie mo żesz stać się mo im
im mo się stać żesz mo nie wie czy upor

uporczywie nie możesz być. nie mogę cię być
nie może cię być
uporczywie
boląco

uporczywie nie możesz stać się moją głową. nie mogę cię stracić.

spójrz na tę reklamówkę z hipermarketu. myślisz, że wytrzymałaby, gdybym owinął nią twoją twarz, żebyś nie mogła złapać powietrza? nie wierzgaj, nie szarp się. ja po prostu szukam powodu, żeby dalej nie oddychać.

przestrzenie między twoimi udami były jak uliczki hiszpańskiego miasteczka, woniejące winną latoroślą, o zmierzchu, w przeddzień gwałtownej burzy. opuszki palców wędrowały, kluczyły pośród zakrętów ledwo dostrzegalnych linii papilarnych. stąd nie dało się dostrzec twojej twarzy, wiedziałem tylko, że ona gdzieś jest, że usta lekko rozchylone i przyspieszony oddech, puls. oczy raz otwarte, raz zamknięte, kiedy przeżywałaś coś na wzór odprężenia, choć droga miała być długa, wydawała się długa, a której początek był od zawsze zakurzony i niechętnie o nim myśleliśmy, bo teraz było teraz, jak czasem mówiłaś.

napisałem kiedyś taki kiepski wiersz. nienawidzę słów, bo nie potrafię wyrzec takiego, które by nie zawierało cząstki ciebie. gdybym był świerzbowcem, mieszkałbym teraz gdzieś pod twoją skórą, pomiędzy małym a serdecznym palcem lewej stopy, za którą lubiłem cię trzymać spacerując twoimi hiszpańskimi uliczkami. Gdyby Antonio Gaudi projektował ludzi… Mieszkałbym w tobie, chciałbym w tobie i tylko. Sam będąc jednak niezamieszkanym z bolącymi oknami, których nikt nie potrafi otworzyć ani zamknąć.

Właściwie tylko prześlizgiwaliśmy się po powierzchniach zjawisk. Byliśmy sobie samym tylko mniej więcej, jak woda w naczyniu połączonym. Jednak nie połączyliśmy się nigdy. Tysiące technik zapamiętywania na świecie, na którym niewiele rzeczy zasługuje na zapamiętanie. Niewiele sposobów na zapomnienie, choć podobno żaden element rzeczywistości nie jest wart tego, by chłonąć go na trzeźwo. Syntagmatycznie zbudowane słowa.

Roz człon ko wa ne zda nia. Kiedyś staniesz się nieakcentowaną sylabą, jedną z wielu, z których zbudowane jest jednosylabowe słowo Ja. To nie Humbert zniszczył Lolitę. To Lolita zniszczyła Humberta, proszę Państwa, krzykaczów antypedofilowych. W książce Michela Houellebecq’a pt. Cząstki elementarne pojawia się dwóch nadrzędnych bohaterów – Bruno i Michel. Bruel, tak B R U E L, są zrośnięci moją konkretyzacją, są jednym, podzielonym na dwoje. Są każdym z nas, a my boimy się do tego przyznać.

Nie zrobiłbym sobie dobrze, kryjąc się za gazetą, w pociągu, patrząc na gadające mięso w szpilkach, bo ponoć szpilki powodują zwężanie się korytarzyka płciowego, niemniej – nie zrobiłbym sobie dobrze, choćbym i bardzo chciał, czy potrzebował. Niejeden potrzebuje, ale tego nie robi, bo a, bo b, bo c i tak dalej. To nie Humbert zniszczył Lolitę. To nie Bruno zniszczył kogokolwiek, to inni zniszczyli jego. Sikali na niego. Na każdego ktoś sika, w ten czy inny sposób.

Nie wzdychaj – nawet patrząc na to

mnóstwo pól, lasów, mórz i rzek

dzielących nas i owe tłumy

(których nie widzisz) ludzkich zer,

z tobą na czele.

 

J. Brodski

 


  • RSS