Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 5.2009

za dużo piję. moje jestem to niekończący się wyciek moczu, osiadły na brzegach niezbyt dokładnie wyczyszczonej muszli klozetowej. tor bobslejowy dobiegający do cmentarza przemokłych niedopałków tu i nigdzie indziej i nigdzie tu. a za mną, na czterech łapach biega gromada krępych karłów bez bród i wąsów, z włosami tylko gdzieniegdzie, z włosami zlepionymi gumą do żucia.

za dużo palę. moje jestem ulatuje z każdym wypuszczonym fragmentem dymu i kawałkami płuc, które niestrudzenie lgną do sufitu, do gwiazd, do słoika z marynowanymi śledziami. bez papierosa nie mogę myśleć. inaczej – myślę, rozglądam się, kto tu do kurwy nędzy ma choć jednego peta, chociażby i slima, wszystko jedno.

potem wychodzę z knajpy, zadymionej, zarzyganej, no bo wszędzie ten motyw musi się pojawić, bo go lubię, ale fakt faktem, że czasem brodzę po kostki w wymiotach nieznajomych ludzi. jakieś pomidory, przeżute frytki, ale głównie żółta maź, zabarwiona najpewniej piwem. idę gdzieś samotnie, nocny za tyle i tyle, piechotą nie bardzo, bo deszcz i tak to się kręci.

dziś też tak było. dziś nie byłem sam, ale nie żeby zaraz jakieś ciekawostki, taplanie się w  zjełczałym maśle, albo chociaż moczenie tam bosych stóp, nie, nic z tych rzeczy. kilka kilkanaście kilkadziesiąt wypalonych papierosów, to nieważne czyich, grunt, że głównie nie moich, bo liczba osiem mieści się jedynie w tym pierwszym przedziale, a tyle właśnie było tych moich.

za mało pieprzę. po prawdzie, w ogóle nie pieprzę, ale mam przecież dwie ręce zdolne do pracy i głowę wypchaną perwersyjnymi myślami, nie żebym chciał na kogoś narobić, w ten czy inny sposób, po prostu, gdzieś to tam się lęgnie, nogi przewieszone przez ramiona, uniesiona miednica, delikatny, subtelny grymas na twarzy, czcze gadki, po chwili byłoby za późno, czy raczej po chwili byłoby zbyt wcześnie, bo tak mi, proszę ciebie, weszło to w mózg, że nie umiem tego opanować i tak płynie ze mnie, między zębami czasem, a czasem w chusteczkę, zależy. jakiś czas temu przestałem nawet przepraszać, bo co mnie to właściwie obchodzi?

ja tutaj, zwróć uwagę, ciągle mówię o tobie, bo jesteś w każdym zaciągnięciu, w każdym łyku piwa i w każdej kropelce spermy, w każdym mnie, którego chciałbym tak w całości, no nie wiem, zapakować i wysłać ci pocztą. wyrwałbym sobie ząb i co? i nawet nie schowasz go pod poduszkę, bo na cholerę jakaś zębowa wróżka ma truć ci nad główą i to w nocy, kiedy wolisz, jak sądzę, spać.

mam teraz całkowitą świadomość tego, że piszę. że moje palce dotykają klawiatury, teraz litera T teraz litera E teraz litera R teraz litera A teraz litera Z, takie nocne teraz. wiesz gdzie jesteś? jesteś w mojej zupie, pływasz w moim krupniku, którego nie lubię. i wydaje ci się, że co? że mnie to sprawia przyjemność? nie, ja muszę, taki rodzaj defekacji, dlaczego tak boisz się przyznać, że też czasem srasz? no srasz, o matko, ludzka rzecz. ale przecież o tym nie mówi się głośno. w publicznych toaletach świadomie ścisza się pierdnięcia i postękiwania, a nie daj boże, jak chlupnie, co za kwas, obciach. wiem to, przerabiałem to setki razy, tylko teraz się mądrzę, że niby wszystko jedno co i gdzie.

trzeba byłoby to jakoś zakończyć, jest za dwadzieścia druga, już dwudziesty dziewiąty maja. maja, kurwa. ja już dawno powiedziałem, że maj to zły miesiąc. dobranoc, nie obiecuję, że jutro to skasuję.

spojrzałem na krzesło, na którym walały się gdzieniegdzie okruchy twojej comiesięcznej oznaki bycia kobietą. kobieta, dumnie brzmi. gówno tam, mała, zdziecinniała gówniaro, robiąca pod siebie, prosząca mamę o pomoc, mamo, podetrzyj mi dupę, bo trysnęło ze mnie jak z fontanny w pierwszy dzień wiosny, jakbym całą zimę nie defekowała. mama zgrabnie kręci tyłkiem niosąc papier toaletowy, którym za chwilę wypoleruje ci oba pośladki, ledwo widoczne. wczoraj, tak się dziwnie poskładało, był dzień matki. matki polki, matki z papierem, z mopem, ze ścierą, z nożykiem do obierania ziemniaków.

gdzieś tam, niewidoczna już, martwa, leży pępowina, na której dwadzieścia parę lat temu próbowałem się powiesić, ale mi nie wyszło. mój niedoszły stryczek, moja jedyna ówczesna nadzieja na to, by nie musieć chwytać powietrza. kiedy starania zawiodły, napiłem się wód płodowych, co zaowocowało zapaleniem płuc, z którego też mnie wyleczono.

dzięki tym zabiegom, wbijaniu igieł w głowę i tak dalej, moja mama mogła stać się mamą. i stała się. potem stała się nią jeszcze dwukrotnie. ale nie o tym teraz, nie o tym, nie tu i nie teraz. twoja mama cię urodziła, nie wiem jak i gówno mnie to obchodzi. jak dla mnie mogłaś być nawet wpadką, jak i moją wpadką byłaś. ejakulantem mojej codzienności, mojej samotni otwartej na cztery spusty, jeden po drugim, każdy wpół wsiąknięty w chusteczkę, pachnącą truskawkami w pierwszym tygodniu stycznia.

nie patrz tak, nic nie zobaczysz, bo w oczy wcisnąłem ci zardzewiałe gwoździe. masz, wypij, oto twoja zwichnięta sensualność, seksualność z rozkraczonymi nogami, jedna na oparciu niewygodnego łóżka, druga gdzieś indziej, pod kołdrą cuchnącą potem i wymiotami. jakiś barłóg niepoukładanych piór, wyrwanych nie wiadomo skąd, ale na pewno nie ze skrzydeł, bo oboje ich nie posiadamy.

odnalazłem pewną trudność w poszukiwaniu mojej Marli w białych, obcisłych spodniach, z kręconymi, niezbyt długimi włosami. chciałbym powędrować językiem po jej koralowych ustach, które wiecznie miała lekko rozchylone, a jednocześnie nic niegodziwego się z nich nie wylewało. widać wszystko połknęła.

gdybym tak mógł cię wytrysnąć, wytrzeć w chusteczkę i spuścić w kiblu. no bo przecież za szybą cię nie postawię, nawet jeśli przyjmiemy, że jesteś niedoszłą matką armii moich nienarodzonych dzieci, których nawet nie potrafiłaś pożreć.

Oczywiście, że nie ma miłości
Nie ma i nigdy nie było
Nawet to, cośmy robili
W żadnym calu nie zahacza o miłość.

biegłem do ciebie deszczem, ale bez butów. poraniłem sobie stopy szkłem i kamieniami. potknąłem się też o nierówny krawężnik, wybijając dwie górne jedynki. moje zęby tańczą teraz w deszczu, prosząc mnie, żebym się uśmiechnął, bo w końcu się udało. teraz mogą robić piruety, podskakiwać i być radosne. dwie radosne jedynki, single z nazwy, a na co dzień nierozłączna para, nie wliczając w tę statystykę Madonny i paru innych osób.

napisałem ogłoszenie. wynajmę mieszkanie w zgięciu nogi. cena nie gra roli. jakiś czas temu wyrosły mi cztery ósemki. jak w którejś z nich zrobi się dziura, też oddam ją pod wynajem. przyjdzie wtedy Jakaś, jakaś taka, skrzypiąca, dałby Bóg (w którego przecież nie wierzę), żeby ze śrubami w ciele, delikatna jak zapałka, z napisem na środku czoła ostrożnie! szkło. więc strzykawką naleję sobie do wydrążonej ósemki nieco karmelu, doczepię watę cukrową, żeby było jej miękko. codziennie będę ją karmił resztkami śniadań, obiadów, kolacji, bo w ósemkach, zwłaszcza dziurawych, najwięcej się tego zbiera. nie do końca przetrawione, przegryzione; bez wołowiny, bez wieprzowiny, drób ewentualnie, bo przecież kiedyś, kilka lat temu, jak głupi biegnąc, wybiłem sobie dwie górne jedynki.

to byłoby dobre, gdybyś mogła być samymi śrubami. kupiłbym ich-ciebie tysiące, poustawiał na półkach i każdego dnia głaskał i mówił im-tobie dzień dobry.

jesteś porcelanową lalką. nie masz majtek. dodatkowo nie umyłaś podbrzusza, a między nogami walają ci się resztki czekolady. wokół unosi się zapach zepsutego piwa. masz zrogowaciałe pięty, kolana poryte bliznami, bo chciało ci się pić i szukałaś wody. w prawej dłoni trzymasz swój odcięty język. ktoś narysował na nim kutasa. niezmywalnym markerem. takie oralne post mortem – twój język pośmiertnie robi to, do czego został stworzony. nadgarstki ozdobione siną-fioletową bransoletką, wysadzaną oderwanymi paznokciami z obu stóp. nie obchodziło Go to, co mówiłaś. byłaś stworzona do połykania, tak napisano w instrukcji obsługi. Porcelanowa lalka do połykania. zabawka dla dzieci od lat trzech, ze szczególnym uwzględnieniem chłopców.

każde słowo, które wypowiadał, było wymazane gównem. wychodził z założenia, że świat to szczyna, gówno, rzygi, ślina, mydło i powidło. ten marker, którym narysował kutasa na odciętym języku, leży teraz w koszu z twoją znoszoną bielizną. leżą tam też majtki, których teraz nie masz i podwiewa cię od spodu. nikogo nie obchodzi to, że się przeziębisz. stoisz i się kurzysz, a zakurzyć nie możesz, bo prawa ręka zajęta trzymaniem martwego języka, twojego jedynego, tak naprawdę potrzebnego, narządu płciowego. jeśli trochę pougniatasz go w palcach, może nawet zrobi ci się lepiej, chociaż nie obiecywałbym sobie zbyt wiele. zwróć uwagę, że nie masz lewej ręki. pies ją zeżarł, popił gorącą czekoladą, a potem ci wylizał.

On jest pluszowym misiem i ma grafitowe oczy. ma majtki, a pod nimi kryje się kilkucentymetrowy zaledwie, wiecznie stojący, nabrzmiały kutas. w kieszeniach podartych spodni są dwie żyletki, jedna odpakowana, druga nie. ta pierwsza jest nośnikiem twoich frustracji. apogeum twojego buntu, po którym nastąpiło requiem i niezmywalny marker poszedł w ruch. pluszowy miś siedzi na kiblu i czyta gazetę, w której piszą o kiermaszu używanych szmacianych lalek, potocznie – szmat. porcelana nie jest warta świeczki, tłucze się i ma głupie złudzenie, że jest czymś więcej, choć jest tylko rozchylonymi ustami i umorusanym w słonej ślinie językiem. tylko szmaty się liczą – myśli pluszowy miś, po czym podciera dupę, zakłada majtki, wychodzi z kibla nie umywszy nawet rąk.

stoisz na półce i się kurzysz. jesteś niezręczna i robi ci się gorąco w kroku. resztki czekolady powoli się rozpuszczają i ściekają w dół twoich ud. z nadzieją badasz kolor. gównianobrązowy. z czerwieni ma tyle, co nic. to nie martwe dziecko, to nie martwe jajeczko, to ponownie gorąca czekolada w wersji nieco przetrawionej przez psa, którego dziwnym trafem nazwałaś kiedyś Puszkiem.

słyszysz szczęknięcie zamykanych drzwi. pluszowy miś wyszedł z kibla, w lewej łapie trzyma gazetę, prawą szuka czegoś w kieszeni spodni. po chwili dobywa z niej tę odpakowaną żyletkę. zbliża się do ciebie. czujesz na policzkach jego cuchnący oddech. chcesz go odepchnąć, ale jedyna ręka, którą masz, jest zajęta trzymaniem martwych resztek twojej porcelanowej kobiecości. pluszowy miś wsuwa ci żyletke pod prawą powiekę. zwinnie odcina ci tęczówkę, zaśmiewając się przy tym. odpadł ci kawałek oka – błyskotliwie konstatuje. i pozostawia cię tak, krzyczącą przeraźliwie, drżącą z bólu i zimna, bezbronną, niezręczną. samą. otwierasz lewe oko.

już nawet kutas, narysowany na odciętym języku niezmywalnym markerem, wydaje się nie być kutasem, tylko ustami ułożonymi w drwiący uśmiech.

ty

5 komentarzy

moje nigdy niewypowiedziane spierdalaj. łąko, niegdyś pełna chabrów, teraz zaorana i okryta gnojówką. pachniesz jak moje dzieciństwo ze szklanką mleka, prosto od krowy. nie chodzisz po chmurach, wisisz gdzieniegdzie, na hakach spuszczonych w dół nieboskłonu. w wyniku połączenia tych chmurności – jasnoszarej i ciemnoczerwonej – spadł deszcz ospałych zebr. Wiosenny deszcz absurdalnych wypowiedzi, krótkich zdań, pojedynczych słów, wierutnych bzdur, bezwstydnych kłamstw, wyssanych nie wiadomo skąd. Taka była ta wiosna. Takie będzie lato. Jesienią nie przyjdziesz i nie położysz mi dłoni, miękkich, przejrzystych, woniejących, na cierpiących skroniach. Zimą zamarzną ci drogi płodowe i skończy się ów bezproduktywny, bezcelowy spacer po szczebelkach tej kiepskiej, niedokończonej historii.

Gdybym wiedział, jak będzie, od początku wsuwałbym w ciebie tylko środkowy palec.

Maj to zły miesiąc. Z czysto morfologicznego punktu widzenia. Zapalają mi się mieszki włosowe. Budzę się, chodzę, siedzę, czytam, palę, zasypiam, zupełnie jak wstać, żreć, pić, spać. Powtarzalność, która mi nie przeszkadza. Nie pijam herbaty. Z kawą jest podobnie, drobna różnica, że herbaty nie odmawiam, kiedy ktoś mi ją proponuje. Niektóre plemniki popełniają błędy ortograficzne, ale to oklepany motyw, a druga Ewa Lipska nie jest światu na razie potrzebna. Niektóre komórki jajowe są wylęgarnią błędów semantycznych, składniowych, leksykalnych. Po świecie chodzą słonie, zrodzone z pomieszania win. Z pomieszania wódek, ginów z tonikiem, z pomieszania po prostu.

Moja trąba jest nie w tym miejscu, w którym być powinna. Niemniej, odpowiada mi to, że jest właśnie tam. Seks oralny wygląda wtedy bardziej apetycznie, choć to może kwestia przyzwyczajenia.


  • RSS