Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 6.2009

zbyt łatwo uwierzyliśmy.

moje ściany ozdobione są kolekcją płyt chodnikowych. ktoś spod nóg kradnie ludziom chodniki, na skwerach, w parkach, tuż przy żyłach ochlapanych deszczem ulic. a z teatru zniknął jeden fotel. rząd siódmy, miejsce drugie. tkam sobie ubranie z wysuszonych resztek naskórka. i ciekawe, gdzie teraz jest powietrze, wypuszczone z nadmuchiwanego łóżka. trzeba zamknąć drzwi i okna i otworzyć nowe. zamieszkać zwyczajnie. gdzie indziej, nigdzie indziej. nie tu, po prostu. bo te ściany zbyt ciężkie, nie mogą jeździć windą. i tylko tak dryfuję góra dół sam, bezdomny. i fotel skrzypi. a na łamach prasy ktoś przybija gwoździe do nowych książek. to nie byłem ja, nie ja byłem zbyt ciężki, tylko wszystkie te chodniki, na placach, mostach tuż nad cuchnącą rzeką. i nawet krople deszczu i dym fajki wodnej.

teraz kroję każdy element, nakłuwam na widelec fragmenty sekund i zjadam bez żadnej przyprawy, bo i bez tego są wystarczająco gorzkie.

piosenki o miłości są takie banalne…

Dzisiejszej nocy nie zaśpiewam. Opowiem Ci historię, krótką albo jeszcze krótszą, jeśli zadławię się tym sentymentalnym gównem.

Kilkanaście minut temu wróciłem z wesela. Nie jest ważne, dlaczego się tam znalazłem. Dla tej opowieści liczy się tylko dwójka ludzi. Starsi państwo, w wieku około osiemdziesięciu pięciu lat. Tańczyli pośród młodych, pełnych życia par. Wtuleni w siebie, zupełnie jakby był to ich pierwszy taniec. Gdzieś rozpaliła się nadzieja, że istnieje wieczność. Mocniejsza niż rozkład, ból, choroba.

wszystko co zrobisz i tak będzie źle
wszystko co robisz to zawsze jest błąd
nie myśl już o tym i uciekaj stąd

Nie potrafię Ci uciec. To przecież mieliśmy być my. My brzmiało jak formuła zaklęcia, nasza mantra. Mieliśmy być starzy, wysuszeni. Jednak każdy gest miał być tym pierwszym. Nie zdążyliśmy się spotkać milion razy, w każdym punkcie. Teraz obracam się wokół własnej osi, jestem planetą bez orbity. A mieliśmy umrzeć w tym samym tygodniu. Twój zegarek leży w trawie. Pewnie dlatego się spóźniasz.

Mieliśmy mieć i być. Moja droga, pamiętasz, kończyła się w tym wariackim miejscu, do którego tak długo zmierzałem. Ona nadal jest skończona, choć jednocześnie ciągnie się gdzieś, zakręca; stoję naprzeciwko jej końca, który pewnego dnia w sztuczny sposób miał się stać początkiem.

Proszę, powiedz tym wszystkim ludziom, by przestali nosić Twoje maski.

i to juz koniec widzisz napisy końcowe
trzeba gdzieś wyjść a nie zamykać się w sobie

A ja chciałem tylko, jak po schodach, wspiąć się po Twoich żebrach, choćby mieli Ci je wszystkie wyciąć.

są chwile, w których wolę wędrować pustynią, o wiele chętniej, niż gęstym lasem, w którym panuje dziwny, nieprzyjemny zapach. nie ma tu nic do rzeczy słońce, przed którym rozsądek nakazuje się nieraz schować. naprawdę nie ranił cię mój kilkudniowy zarost, kiedy mi tak bezwiednie miażdżyłaś głowę między swoimi udami?

wyrzuć fikcję do kosza, mrugnij powiekami. od tej pory kosz bawi się z tobą w chowanego. podobnie zresztą, jak cały świat.

wszystkie stały wypięte, lekko rozkraczone, a dłońmi rozwierały pośladki. was było kilku, poustawiani według wzrostu albo wieku, nieistotne. między wami a nimi była biała linia, namalowana farbą, trochę nierówno. po niej, chwiejnym krokiem przechadzała się pięcioletnia dziewczynka, ubrana w czerwoną sukienkę. zatrzymała się nagle, pośrodku. wyliczała:

ene due rabe, połknął bocian żabę… i tak dalej, aż do raz dwa trzy, pokrywasz ty.
miałeś prawo wyboru, a to, co wytrysnąłeś, co się potem porozwijało, uręczyło, unożyło i ugłowiło, by się głowić, przez całe życie. to nie miało żadnej alternatywy.

i kiedyś, po latach, mogło jedynie marzyć o niewidzialnych szczypcach, do których nigdy nie mogło się przytulić.

82

6 komentarzy

moje opuszki palców mnie zawiodły. nie pamiętają już faktury twoich blizn, delikatnych zagłębień i wybrzuszeń, gładkości powiek ani rozsianych gdzieniegdzie pieprzyków. nie umiera się z powodu zwykłego przeziębienia, czego czasem żałuję. ślady w kurzu na każdym schodku zostały wytarte, pościel wyprana, wykrochmalona, wyprasowana. zapomniałem już odgłosy stukotu kół po torach, które nagle zaczęły prowadzić donikąd. teraz boję się pociągów; głosu z megafonu, obwieszczającego przyjazdy i odjazdy; pustych przedziałów dla niepalących.

bo w żadnym pociągu cię nie znajdę. na żadnym peronie. kałuże, w których przemoczyłaś buty, już dawno wyschły, a dni boleśnie się powydłużały pod wpływem temperatury. czas przestał istnieć, rzucony w trawę. przemókł, zawilgotniał, utracił pierwotne barwy. był nagrodą dla mrówek, aby mogły zdążyć na pogrzeb swojej zabitej przypadkowo współtowarzyszki.

teraz pozostał już tylko kłębek drutu udający motyla i nieświeży element konfekcji damskiej, leżący gdzieś w szafie, na dolnej, rzadko odwiedzanej półce.


  • RSS