Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 7.2009

wyjaśnienie.

Notki tytułujące się nie lubię krupniku odnoszą się do realnych wydarzeń i przemyśleń, które gdzieś tam zalęgły się w moim umyśle. Zatem ta notka też, więc bądź tak miła i się odpierdol.

I. Dzieci

Pod moją opieką jest osiemdziesięcioro dzieci. W Łebie było ich sześćdziesięcioro ośmioro. Kiedy tak przyglądam się niektórym, dochodzę do wniosku, że to ryzykowne mieć dzieci i chyba trochę się tego boję. Należy jednak dodać, że nie boję się, że dziecko będzie niesforne, nie będzie się słuchać etc. etc. Obawiam się po prostu, że będzie niedojebane. Byłaby to porażka, której moja duma raczej by nie zniosła. A to byłoby przykre.

II.

Płaski brzuch jednak warunkuje nieraz inne płaskie B lub wulgarne C, zamknięte w oszczędnym materiałowo A.

***

Biel stroju kąpielowego jest intrygująca. Kiedy jest mokry, niemal dokładnie widać damski stan upierzenia. Paseczki wzdłuż wzgórka łonowego są ok. Trzeba poprawić tapetę. Wymizdrzyć się, by być piękną. Z paseczkiem na cipce. Skądinąd soczystej.

III.

Ostatnio śniła mi się Majka. W końcu dowiedziałem się, dlaczego to nasze na zawsze zamieniło się w dwa miesiące. Powód był bardzo prosty, wbrew temu, co mówiła i pisała – kiedykolwiek. A dziś ma urodziny. Nawet napisałem jej smsa. Ba, nawet odpisała. Jedno słowo, bez kropki na końcu, choć wie, jak bardzo mnie to wkurwia – albo po prostu zapomniała, też bym tak chciał. Cóż, może czasem tu wchodzi i czyta. Nie dziwię się zatem, że mnie nie lubi.

IV.

Skończyłem Houellebecq’a, a do tego Ammanitiego i Viewegha. Teraz kończę Moje drzewko pomarańczowe Vasconcelosa. To, które dostałem od N. Poszerzenia pola walki właściwie nie pamiętam. Ostatni sylwester ludzkości czytało się przyjemnie, trochę się pośmiałem, nie płakałem. Viewegh zapowiadał się bardzo ciekawie, ale nie powalił mnie na kolana, jak to się mówi: bez szału.

V.

Zostało niecałe pięć dni do powrotu. W końcu. Ach, no i raczej nie wkleję reszty części mojej pracy zaliczeniowej na temat samotności w Prawieku. I chuj. I chcę pojechać na koncert Fever Ray. Czasem trzeba się wyciszyć. Wyciszam się.

***

Część I

Samotność jako zjawisko społeczne odnosi się do bardzo wielu aspektów
ludzkiej egzystencji. Stanowi uczucie, które w wyniku swojego rozbudowanego
systemu przejawów, może być bardzo różnie odbierane i tłumaczone. Istotnym dla
niniejszej pracy ustaleniem, jest próba wyodrębnienia pewnej względnie doprecyzowanej
definicji samotności, którą będziemy się posługiwać. Jak zauważa Agnieszka Gawron,
badaczka z Instytutu Teorii Literatury Uniwersytetu Łódzkiego, w synonimicznym polu pojęciowym, obok
formuły osamotnienia, izolacji, odosobnienia, wyobcowania, alienacji czy
wykluczenia, sytuują się terminy im pokrewne, jak: melancholia, nuda, nostalgia,
negacja, pustka i inne.[1]
W przytoczonym
cytacie wyraźnie rysuje się pogląd, że samotności jako takiej nie można
zdefiniować w kilku zdaniach, że ma ona bardzo różne przyczyny, a co za tym
idzie, różne formy i punkty odniesienia. Nic zatem dziwnego, że jako uczucie
tak różnorodne, stała się popularnym i często powielanym motywem literackim.
Wspomniana badaczka, Agnieszka Gawron, zastanawia się wręcz, czy samotność
można uznać za specyficznie rozumianą kategorię literaturoznawczą. Od zarania
dziejów w dziełach literackich pojawiają się różnie opisywane i interpretowane
przejawy osamotnienia. Samotność spowodowana utratą kochanej osoby,
nieszczęśliwą miłością, emigracją,  byciem
jednostką wyizolowaną etc. To szerokie pasmo możliwości ujęcia tematu, dawało twórcom
na przestrzeni wieków ogromne pole tworzenia. Mimo wielowiekowej powtarzalności
motywu, wciąż wydaje się on świeży i bardzo aktualny, co pozwala przypuszczać,
że samotność wiąże się w bardzo istotnym stopniu z samym procesem tworzenia
literatury i mogłaby stanowić osobną kategorię jej interpretowania. Agnieszka
Gawron zwraca też uwagę na powiązanie tego zagadnienia z ogólnie pojętą
dziedziną humanistyki: Poetyka i teoria literatury coraz częściej zamyślają się antropologicznie nad
pytaniami, które stanowią wspólną domenę badań humanistycznych: kim jest i jaki
jest człowiek i jego świat? Pytanie o samotność jest dla mnie nieodłącznym
elementem tego zamysłu. (…) Odwracając tok rozważań, można by powiedzieć, że
antropologizacja literaturoznawstwa przejawia się m. in. w  zainteresowaniu takimi kategoriami jak
samotności i zjawiska jej pokrewne, związane z uwarunkowaniami kondycji ludzkiej. Dialektyka samotności byłaby więc
dialektyką tego, co egzystencjalne i językowe jednocześnie.[2]

Czytając powieści i zbiory opowiadań polskiej pisarki współczesnej, Olgi
Tokarczuk, nietrudno zauważyć, że i dla niej samotność stanowi pewnego rodzaju
wyzwanie literackie. Właściwie trudno byłoby wskazać jej książkę, w której ten
motyw zupełnie się nie pojawia. Warto też zwrócić uwagę na różnice, jakie
zachodzą w przejawach samotności opisywanych na kartach jej utworów. Nie mamy
tu do czynienia jedynie z relacjami międzyludzkimi. W jednym z opowiadań ze zbioru Szafa pojawia
się motyw samotności martwych przedmiotów, czy choćby hotelowych pokoi, tj.
samotność przestrzeni samej w sobie. Tam to nie człowiek czuje się samotny bez
domu, bez rodziny – to pusta, martwa przestrzeń wydaje się być niepotrzebna, bo
niezamieszkana. W powieści Anna In w
grobowcach świata
, uwspółcześnionej wersji sumeryjskiego mitu o Inannie,
ukazane jest nie tylko osamotnienie człowieka w dążeniu do celu, który
przekracza jego możliwości. Konstruuje się tam również zależność ludzi od bogów,
bogów od ludzi, a także pustka wewnętrzna osamotnionych bóstw, o których nikt
już właściwie nie myśli, których nikt nie wspomina. Przykłady można mnożyć,
jednak prawdziwa plejada postaci, przeżywających swoją samotność na różne
sposoby, pojawia się w nagrodzonej nagrodą publiczności Nike w roku 1997,
powieści pt. Prawiek i inne czasy.

Punktem wyjścia dla moich rozważań nie będzie jednak konkretny bohater
tej niezwykłej powieści. Chcę bowiem zwrócić uwagę na sposób wykreowania świata
przedstawionego, skupić się na konstrukcji Prawieku jako miejsca, usytuowanego,
jak pisze autorka, w środku wszechświata. Ów centralny punkt jest mimo wszystko
odosobniony, bo, jak można przypuszczać, poza nim tak naprawdę nic nie ma,
wszystko jest nierzeczywiste, a każde inne miejsce – inna miejscowość, kraj,
kontynent – wydają się istnieć jedynie w wyobrażeniu mieszkańców wioski. Ruch
wydaje się zatem niemożliwy, jest jedynie pozornym elementem ludzkiej
egzystencji. Czy w takiej stagnacji możliwe jest osiągnięcie spełnienia? Czy
którykolwiek z bohaterów wykreowanych przez Olgę Tokarczuk osiągnął wyznaczone
sobie cele i był szczęśliwy? Na te pytania będę starał się odpowiedzieć w
dalszej części pracy. Kontynuując zaś temat usytuowania Prawieku – czytelnik
nie odnajdzie go na mapie. Jedyne informacje, pozwalające nieco przybliżyć jego
położenie, znajdują się na początkowych kartach utworu – północną granicę
wioski wyznacza droga z Taszowa do Kielc, południową zaś, wieś Jeszkotle. Wobec
tych danych, można by umieścić Prawiek gdzieś na granicy województw opolskiego
i dolnośląskiego. Nie jest jednak istotne jego rzeczywiste położenie – dla
ludzi tam mieszkających jest ośrodkiem wszechświata, bardzo osamotnionym.
Niezbyt często pojawiają się tam nowi przybysze, a i rdzennym mieszkańcom
niespieszno do podróży, rodzi ona bowiem swoisty niepokój. Należy również
postawić pytanie, czy wobec prawdopodobnej nierzeczywistości wszystkiego, co
leży poza prawiekiem, jakakolwiek podróż jest w ogóle możliwa. Autorka pisze: Mieszkańcy wyjeżdżający do Kielc po
przekroczeniu granic Prawieku nieruchomieli i zapadali w sen, który powrocie do
domu brali za wspomnienia z podróży.
Jeśli niewielka wioska istnieje w
takim odosobnieniu, naturalną też zdaje się być samotność jego mieszkańców. Jest
to rodzaj odosobnienia w odosobnieniu, rządzącego się jednak innymi prawami –
osamotnienie bohaterów powieści nie wywodzi się z jednego źródła, jednak w tym
samym miejscu się kończy.



[1] Agnieszka Gawron, Samotność jako problem literaturoznawczy,
[w:] Zrozumieć samotność. Studium interdyscyplinarne,
p. red. Piotra Domerackiego i Włodzimierza Tyburskiego, Toruń 2006, s. 27.

[2] Op. cit., s. 35.

świat poprzesuwał mi się semantycznie i powstała luka, którą próbuję zapełnić, jednak nie odnajduję odpowiedzi w kącikach oczu, tuż przy nosie, ani w lepkości spermy. słowa. gdzieś jesteście, wyczuwam waszą obecność w zapachu śliny, ale nie mogę was wypluć, zmieszać z błotem i stworzyć. potworzyć. wędruję sam, bez szkapy i wołka. w piasku zagrzebuję zbyt długie paznokcie stóp, zapuszczone, by jakoś się przytwierdzić i nie chodzić do góry nogami lub też nie lewitować kilka milimetrów nad ziemią, bo przecież nie ma i nigdy nie było po co. upadek, choćby nawet z tak mizernej wysokości, boli tak samo, jak upadek z drzewa, na którym rosną zakazane jabłka, gruszki i pomarańcze. banan nie jest zakazany, możesz go zerwać i wsadzić sobie między nogi, pilnując jedynie, by do środka nie dostała się niewielka nalepka, nawet jeśli jesteś czikita. jabłka, gruszki i pomarańcze, albo albo lub lub zamiast i tu i ówdzie – wyrastają ci na przedzie i krążą góra dół od pępka po brodę, szczególnie kiedy biegniesz. są miekkie, tylko dlatego, że nadgniłe jak i ty, cała, po kolei każdą komórką.

(kloaka)

płaskie ryby odbijają księżyc i dziwią się szeroko otwierając usta by pochwycić powietrze niepoprzedzielane przecinkami. kury chodzą samopas po wodzie i srają. zawsze wolałem kończyć niż pokazywać że będzie ciąg dalszy stawiając te dziwnie wyglądające przecinki choć czasem trzeba by sens nie uciekł a przecież i tak go nie ma nie istnieje sam w sobie i tworzymy go poprzez interpunkcję płynną i niedbałą nieraz do granic możliwości kiedy tak chodzę tu i tam w przestrzeni tej czy innej kwestia umowna.

(/kloaka)

(wąż brytyjski)

wierzmizechcialbymjuzgdziesgdziessamnietuiniebyciniereagowacnanazwynatoponi
myiniegardziczapalkamiisnicanimisiesniczwyczajnie(ajednakgdzieniegdziemusibycspacja
zebynieuzywacscrolla)zrobmisssssssssissssijjjjjspecjalniedlaciebieprzeciezogolilemjadra
jakowieczkiwgorachgolatylkidlaspragnionychwrazenjuhasow<:>–<
sssssss

(/wąż brytyjski)

a dzisiejszego dnia jestem ciastkiem alicji, tej z krainy czarów, nieważne, blondynki czy brunetki i podpisałem się zjedz mnie, a może kiedyś nawet będę potrafił ci obiecać, że nigdy mnie nie wyrzygasz ani nie wysrasz. czyli że, krótko mówiąc, będziemy razem już zawsze. ty i twoje podpisane niestarannie ciastko, pełne nieużywanego kremu.

Znowu udaję, że rzucam palenie. Drugi albo trzeci raz w tym roku. To już jakieś pięćdziesiąt godzin. To nie brzmi tak ładnie, jak czterdzieści osiem. Nie czuję się jakbym miał ramię kalekie. Generalnie nie czuję się z tego powodu kaleką. Nie bardziej, niż zwykle. Czytam Houellebecq’a i myślę, że w tym zapisie nie ma błędu, że przed a w dopełniaczu i bierniku winien być apostrof, jako że temat fleksyjny nie jest wygłoszony w całości – mamy tu chociażby nieme h, bo głoska h w języku francuskim fonetycznie nie występuje. Podobno. Książka nosi tytuł Poszerzenie pola walki. Właściwie po tych sześćdziesięciu stronach trudno powiedzieć o niej coś więcej. Nie wiem nawet, czy mi się podoba, a o ile pamiętam, Cząstki elementarne podobały mi się od samego początu, a później było tylko lepiej, choć nie pieprzyli się tam bez przerwy, jak twierdził mój kolega, który mi ową pozycję polecił i pożyczył. Albo najpierw pożyczył, a później polecił, czego właściwie już robić nie musiał, bo skoro pożyczył, to znaczy, że polecił, bo po co miałby pożyczać, gdyby nie polecał? To nie takie istotne. Tymczasem wróćmy do Poszerzenia pola walki. Pojawia się tam aspekt bezużyteczności dziury pod kobiecym brzuchem, potocznie zwanej piczką, pizdą, cipką, pustką (?) Męski penis również bywa bezużyteczny, jednak jak zauważa Houellebecq, kutasa można sobie uciąć, z cipką jest zasadniczo dużo trudniej. Można zaszyć, ale ona wciąż tam będzie. Nawet bez warg wciąż będzie sobą, o ile możemy w ogóle mówić o świadomości cipki. O ile ja w ogólę mogę o tym mówić, jako facet, choć ponoć zniewieściały, jak twierdziła jedna z dwóch psycholożek, u których miałem okazję być. Ale z braku zainteresowania sportem, między nogami nigdy nie pojawiła mi się żadna dziura. Nie pojawiła się też jako efekt mojego konstruowania wypowiedzi. Ani w wyniku poruszania się, cokolwiek to znaczyło, bo tyłkiem ponoć nie kręcę. Porzucam te dywagacje.

A propos tyłka, to krzesło jest niewygodne. Fakt bezużyteczności (ufam, że czasowej) pewnych części mojego ciała, w tym również języka, nad czym, nie ukrywam, boleję, bo wydaje mi się, że mógłbym go wykorzystać w bardziej twórczy sposób, aniżeli poprzez gadanie, w gruncie rzeczy pozbawione wymiernej wartości, jest (ów fakt, bo wiem, że to zdanie jest za długie) mimo wszystko nieco niepokojący. A moje gadanie, bo nie dopowiedziałem, ostatnio generalnie pozbawione jest wartości, nie licząc nieźle zdanych egzaminów, czego wynikiem będzie najwyższe stypendium, które i tak pewnie będzie niskie. Z drugiej strony, jeśli uda mi się rzucić palenie, będę w stanie przeżyć na nim cały miesiąc, a do tego dołączy potencjalna praca trenera w call center w firmie takiej i takiej, na cały etat i wtedy to już na pewno moje życie towarzyskie umrze, czego pewnie nie zauważę. Moja Mama nie zauważyła. Albo zauważyła i to dla niej bolesne do tego stopnia, że udaje, że nie widzi.

Za trzy minuty wybije druga. Nowy miesiąc, lipiec, wszystkie dzieci, które urodzą się w ciągu najbliższych trzech tygodni, będą rakami i będą chodzić tyłem, za co zostaną zamknięte w zakładzie dla obłąkanych, bo żyjemy w świecie postępu, a chodzenie tyłem postępowi nie sprzyja.

Kiedy skończę z Houellebecqiem (niekonsekwencja, ale apostrof brzydko tutaj wygląda), może nawet umieszczę tu jakąś krótką recenzję, bo ten blog strasznie chamieje, a do teatru go przecież nie zabiorę – zresztą, nic ciekawego teraz nie grają i brakuje kilku krzeseł, bo ktoś je podpieprzył. Kino też pozostawia wiele do życzenia. Puszczam mu za to Griega, koncert fortepianowy, Allegro Molto Moderato, Op. 16. Spadła mu temperatura. W niedzielę wyjeżdżam i pewnie przez miesiąc będę milczał. Może napiszę coś koślawego, w trybie offline.

Pięćdziesiąt godzin to jakaś przesada. Niedługo mój rak zacznie chodzić przodem. Pójdę go nakarmić. Dobranoc.


  • RSS