Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 11.2009

ta klatka, pierdolona klatka. cielesna umysłowa i bolące kolana. gdy tak widzę, jak wasze truchła targam po żwirze, z zębów zwisają mi kawałki waszego mięsa, rozpierdoliłem świat przed 2012 i jestem z siebie dumny. jak chodzę, pod butami trzaskają wasze odcięte łby. wszystko płonie bladym ogniem, ja, ja-bóg kreator upodlenia i ogólnoludzkiego kurewstwa. pluję na to, na błoto, na trupy, na siebie, ja jako trup, nie umiem się rozłożyć i zgnić. że niby samotność powoduje mrówcze halucynacje, nie widzę żadnych mrówek, pająki tylko, gdzie niegdzie. skurwiony blog. skurwiona klawiatura, skurwione palce. wszystko skurwione, Hey skurwiony, Peru skurwione, Llosa skurwiony, Huxley skurwiony, dezodorant axe skurwiony, dotyk skurwiony, lista długa, też skurwiona.

i ja pierdolę szczerze, szczę szczerze, szczerzę się szczerze, w uśmiechu udaję, pokazuję nieraz zęby, że oto mógłbym, tak do samej kości odgryźć ci duszę, wypluć, nasrać na nią i w dupę korek z niewypitego nigdy wina.

nie gap się, wypierdalaj. niczego więcej od ciebie już nie chcę.

Taka

1 komentarz

Kiedyś była Taka. Chodziła w podartych dżinsach. Miała metr sześćdziesiąt siedem wzrostu i kiepsko wyrzeźbione pęciny. Na kolanach miała blizny, nabyte w wyniku kilku niezbyt bolesnych upadków. Mieszkała w niewielkim m1 z aneksem kuchennym przy zachodniej ścianie. I łazienką z brodzikiem i podziurawioną kotarą, z której zawsze ściekała woda, podtapiając jej ciemne, długie włosy, kłębiące się na białej terakocie.

Taka posługiwała się prostym językiem zaimków, westchnień i kilkoma paralingwistycznymi aha ehe mhm, bo tak było jej łatwiej. Celowo przyjęła strategię nieuczenia się zbyt wielu słów, by z trudem przychodziło jej opisywanie tego co widzi. Dzięki temu na ogół miała lepszy humor.

Wiosną chodziła nad rzekę i zbierała płaskie kamienie, które układała, jeden na drugim, na jedynym parapecie w swojej dusznej i ciemnej kawalerce. Latem spała, czasem nawet nie wstając z łóżka, przez co w okolicach września zmuszona była prać wszystkie prześcieradła, a papierem ściernym usuwać nadgniłe fragmenty sklejki stanowiącej wierzch pojemnika na pościel. Okien nie zamykała nigdy, choć i tak wchodząc do jej mieszkania dało się odczuć nieprzyjemny odór zwietrzałej uryny. Jesienią. Jesienią wypisywały jej się długopisy, a w listopadzie umarł G., jedyna osoba, która była naoczym świadkiem opatrywania ran na jej kolanach taśmą klejącą, do której uprzednio przyklejono higieniczną chusteczkę.

G. nie miał rodziny, mieszkał na klatce schodowej, w schowku na przybory do sprzątania. Jadł tylko naleśniki z serem, które Taka każdego ranka, z wyłączeniem dni letnich, dla niego przyrządzała. Latem G. przymierał głodem, pochłaniał tylko resztki kociej karmy, którą dobrotliwi sąsiedzi nieraz wsypywali do niewielkiej miseczki, stojącej u wejścia do kamienicy. Listopad jednak przyniósł przymrozki i G. popełnił samobójstwo, wbijając sobie w krtań jeden z wypisanych długopisów, który dostał na urodziny.

Taka znalazła Go kilka dni później. Dusząc się, wysunął język aż na brodę, posiniał i nigdy więcej nie wykradał kotom kitekata. Język, odcięty żyletką, którą znalazła w kieszeni Jego kurtki, po jakimś czasie stał się dla niej jedyną pamiątką. Wrzuciła go do skradzionego z jakiegoś uczelnianego laboratorium słoika z formaliną. Język nieniosący słów, niestanowiący pomostu pomiędzy światem, który Taka znała, a światem, którego nigdy nie próbowała nazwać. Słoik zajął istotne miejsce w mieszkaniu, na ułożonych już na kilka warstw płaskich kamieniach.

Zimą, gdy było jej chłodno, po każdym prysznicu, zupełnie naga i drżąca, podchodziła do okna. Niepewnie otwierała słoik, w dwa palce biorąc sflaczały organ. Siadała na lekko wilgotnym łóżku, ramiona okrywała kocem, a językiem nieżyjącego G. dotykała swoich warg sromowych i łechtaczki, chłonąc nigdy niewypowiedziane zdania poprzez jeszcze jeden wyłom, który tak bardzo pragnął się otworzyć na poznanie świata, chociaż nigdy nie miał okazji.

za chwilę trzeba wyjść do pracy. w każdym moim kanaliku, w każdej żyle,
tętnicy i wszędzie tam, gdzie mogą, pływają kropelki alkoholu i
przeżute kawałki kebaba i sosu mieszanego, choć bardziej łagodnego.
możliwe, że ten kebab przeważył szalę. głowa umyta, twarz, oczy, zęby.
sprawdzić, czy spodnie nie zarzygane, czy coś nie chlupnęło, jakiś
odprysk od muszli klozetowej, bo na grafitowej czerni wszystko widać. światła szarego blask sączy się senny,
ale dzwonienia nie słychać. telefon zmartwiony, zmartwiały, martwy.
przed oczami biegają przedmioty, wypiłem herbatę, jeść nie mogę,
choć wiem, że zgłodnieję i pewnie znowu wydam ileś tam złotych na
kanapkę, pierożki, sałatkę czy inne tym podobne badziewie.

nie wiem, po co piszę te bzdury.
kurwa. pierwszy raz od marca, tylko wtedy to przez kaszkę mannę.

Żeby rzucić palenie, mógłbym w papierosa wcisnąć obcięte wcześniej paznokcie i spalić je razem z nim, co podobno owocuje wymiotami i ogólnym odrzuceniem od nikotyny na długi czas, może nawet na zawsze. {to zdanie powinno się zacząć wielką literą, ale się nie zacznie, zwyczajnie go nie będzie, wyobraź sobie, że tu jest i bądź spokojna, nie zrobi Ci się mokro}. Problem polega na tym, o ile to w ogóle jest problem, że nie zamierzam rzucać. Są dni, owszem, kiedy zamierzam, albo nawet udaję, że tego chcę, z różnych przyczyn. To też las fikcji, kolejny, mam ich kilka. Zapożyczyłem sobie to określenie od Pana Eco, który na gruncie polskim ma mało komercyjne nazwisko i równie dobrze mógłby się nazywać Aro albo Tesco, bo Biedronka całkiem ładnie brzmi, choć etymologia tego słowa jest mi obca i zasadniczo gówno mnie obchodzi.

Jest prawdopodobnie 10 listopada 2009 roku, godzina 1:13, noc pochmurna, bezdeszczowa, za chwilę odpalę kolejnego papierosa. Nie napiszę, że widzę stukot obcasów i słyszę szczupłe, zgrabne łydki w kabaretkach, bo gotowi pomyśleć, że pomieszały mi się zmysły. Masz teraz szansę, jedną na milion, powiedzieć, jak mam na imię. Między którym a którym palcem jestem, czy może jeszcze gdzie indziej, pod paznokciem, ja-drzazga lub fragment obumarłego naskórka.

Chcąc rzucić palenie, obciąłbym te paznokcie i solidnie je wyczyścił, językiem, czekam na kurwę, która nie pada, mimo późnej godziny, mogę kontynuować, gdyż nic nie mąci moich myśli, wyczyściłbym, językiem, te resztki, wiesz, coś mogło tam zostać, mimo kilkuset aktów mycia rąk, po każdym sikaniu i sraniu, a także po powrocie do domu, wyrzuceniu śmieci i tak dalej i tak dalej, bez końca, hektolitry zdetergentyzowanej wody spłynęły do ścieku. kanibalizm lub kremacja, możesz wybrać, jeśli to nie tajemnica. różowa pogryziona słomko, krem brzmi przyjemniej i ta -acja, taka dumna, jak masturbacja lub obstrukcja, kiedy tak rękami i nogami wzbraniasz się przed wysraniem, a ja przed zbyt wczesnym finiszem.

Godzina 1:19, wtorek. Noc nadal pochmurna, choć minęło tyle czasu. Papieros ciągle nieodpalony, bose stopy, nagie piszczele i uda, rozpięta, czarna, rano prasowana koszula jakiejś nieznanej marki. Mokra plama na majtkach o średnicy około sześciu centymetrów. Niedoczytany Viewegh, ponownie porzucony Llosa, perspektywa pójścia do pracy na jedenastą, co daje około ośmiu godzin snu. Niepostawione kroki na Moście Gdańskim, postój na przystanku, wysępiony pet podrzędnej firmy Marlboro, zapalony dopiero następnego dnia pod wieczór. Oto i moja fikcja, moja kocia kołyska, funt kłaków, ale wiedz, że w razie czego najbardziej lubię słoneczniki, bez żadnych obciachowych czarnych wstążeczek. bo ponoć tak kręci się ten świat.

spójrz na mnie panie D. co ja tak w środku ciebie siedzę, ja twój, ja chaos i drgnienie i mgnienie oka, niedobór magnezu, brak witamin, kaszel, katar. widzisz? jestem tą ciszą, którą za jakiś czas wyrzygasz, przydepczesz i zapomnisz. obracasz się nadal, obserwujesz świat i jest ci trochę nieswojo, gdy dostrzegasz, że z każdym wytryskiem, choćby na kilka chwil, ucieka ci cały entuzjazm i chęć do życia. ejakulat wypływa z ciebie strużką, czasem, kiedy dłużej nic-a-nic, wystrzeli, dając podobny efekt. to tylko jakiś odsetek nigdy niespełnionej populacji ścieka ci po brzuchu. niczego tam nie ma, niczego więcej, tylko chropowata powierzchnia papieru toaletowego, która cię łaskocze, wciąż pozostawiając tu i ówdzie wilgotnawe plamki.

ta gdzieś płynie, Letą, tamta ulatuje i na powrót złącza nogi, inna oblizuje wargi, jakby to był gorzko-słony sen, z którego na chwilę się wybudzasz, zaraz po orgazmie. unosisz miednicę do góry, aby po chwili ją opuścić i ciągle zadajesz sobie pytanie, dokąd idziesz i po co? mrużysz oczy, sperma staje się nieprzyjemnie chłodna. szybko zapominalny, każdego dnia, zimny prysznic nienarodzonych dzieci, których może nie powinieneć mieć, nie myśleć, tylko podciąć sobie żyły brzytwą Ockhama.


  • RSS