była to radość przedwczesna. jak zimny spust do gorącej kawy, tak zamiast mleka. skwierczał papieros. w wyniku uderzeń kropel deszczu o pordzewiałe parapety. zaplątałem się gdzieś pomiędzy podartymi firankami i wypłowiałymi zasłonami, które tym razem chroniły przed posępną łuną kolejnego bezsennego poranka.

i to nieznośne uczucie irytacji, drepczące po skórze jak mały kąsający pająk. teraz, kiedy zostaliśmy sami, nie ma znaczenia ta pęknięta żarówka, lub coś innego pękniętego, z hukiem podobnym jęknięciu i delikatnym uczuciem wilgoci. nagle po cichu zaskrzypiała podłoga, zaskoczona tak nagłym, niespodziewanym wyjściem spod szeleszczącej pościeli.

skwierczał papieros, ten ostatni z wczoraj kupionej paczki. kawę, zimną już, należało wylać do zlewu, choć było wiadomo, że nie będzie chciała spłynąć. że zatrzyma ją na obrzeżach odpływu ten durny pęd i determinacja. aby jednak żyć.