Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 2.2010

To łatwe. Przedrzeć się przez zlepione włosy, nigdy nietknięte brzytwą, niepokryte woskiem, żeby je później z hukiem i bólem wyrwać. Wniknąć pomiędzy zarumienione powieki, zupełnie jak monety, wrzucane kolejno do kieszonki starego miejskiego telefonu, który nie dzwonił i nie zadzwoni. Iść, w pocie czoła, bezczelnie, przez nierówny, ciemny tunel. Duszny i cuchnący gównem. Choćby i po kolana, wszystko, jakoś się mieści. Pojemnik na śmieci, o którym pisał Pan V., to nigdy nie było to samo. Nie istniało.

Tylko ty. Jesteś jakąś oporną monetą, która utknęła gdzieś na wylocie, pod powiekami, w gąszczu nietkniętych brzytwą włosów.

Pomyślałem, że może moje obsesyjne nawiązania do odciętego języka, stanowią rzut na taśmę podświadomości, która na różne sposoby próbuje wtłoczyć mnie w permanentne, niewzruszone, puste w środku milczenie. Ja D., ja, który opowiadam, pustelnik z piór i śliny, ociekający potem, o ciężkim oddechu wymieszanym z charczeniem osiemdziesięciolatka, który zdążył już dziesięciokrotnie się uwstecznić.

To, co zgasło, nie zapłonie, podobnie jak wyjedzone spod siebie gówno, wciąż pozostanie gównem, choć to rzecz gustu. Oni powinni w końcu zrozumieć, tak wy również, wy, którzy się tu kręcicie, nieopodal. Nie będzie już drugiej Audrey Hepburn. Ona umarła siedemnaście lat temu, trzy dni po moich siódmych urodzinach. I teraz robicie, wy manipulanci, nową Audrey z jakiejś nastolatki, która ma z nią tyle wspólnego, że od pasa w dół, przy odpowiednim dopracowaniu szczegółów, rzeczywiście można by było się pomylić.

Tej zimy komuś coś się pomyliło. Po karku raz po raz zjeżdżają narciarze w różnokolorowych kombinezonach. I publiczność, ot ta defilada włosków, stojących na baczność, na znak nieusuwalnego chłodu.

a Nazareńczyk został sam
bez alternatywy.


  • RSS