Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 3.2010

D.

Brak komentarzy

Prae

Kiedyś, w wyniku lektury pewnej książki, w jego głowie wytworzył się obraz jego samego. Nazwał go Meursault, chociaż w rzeczywistości to nie on go tak nazwał, a autor owej książki, którą miał okazję przeczytać za namową Paniki, kobiety po pięćdziesiątce, pachnącej drogimi perfumami, które dawało się wyczuć, kiedy tylko przekroczyło się próg jej mieszkania. Świat nie wydał się przez to prostszy, nie miał się taki wydawać. Chodziło bowiem o jakiś przełom, zmianę, powolne wyzucie się z wszelkich emocji i ludzkich odczuć. Wyobcowanie. Trwało to kilka lat, ta pozorna praca nad sobą, przybieranie masek, budowanie murów. Być może była to nadinterpretacja, wybujałe marzenia o człowieku idealnym, skłonnym zabić w wyniku gorąca i duszącego powietrza. A może po prostu była to potrzeba ucieczki przed własną słabością. A za uchem, za oknami, pod powiekami, jak złośliwe ziarnko piasku, tułał się inny obraz, zewnętrzny. Ten nosił imię C. I jemu rzeczywiście obce były ludzkie odczucia. Generalnie był zaprzeczeniem terencjuszowskiego Samodręczyciela. Jednak nigdy nie był w stanie całkowicie zawładnąć światowidzeniem D.

Skupiony na tworzeniu masek, konstruowaniu odwiecznej gry pozorów, D. pogubił samego siebie. Nie potrafił już odpowiedzieć na proste pytanie – który to jest D., który C., a który M.? Co jest rzeczywiste, a co jest konwencją, potrzebą chwili? Czy udajemy żal i współczucie? Czy wobec wszystkich było nam wszystkim, tak bardzo wszystkim, do granic możliwości, tak całkowicie wszystko jedno?

Post

Jednak nie było już Nikogo. Do rzygania Nikogo i nigdzie. Tylko pył na zakurzonej tarczy nigdy nienoszonego zegarka.

lwy

2 komentarzy

lwy z rocznika ’89 to najgorsze ścierwo we wszechświecie. konstelacja pojebów, mówię Ci.

Był bezużyteczny jak papieska fujara. – Grindhouse: Planet Terror, chujowy film. ciepło, coś jakby wiosna niby bezpiecznie, ale wcale zakrztuś się tym, włóż sobie ten telefon w ściśnięte pośladki. nie mów nie rób nie pij nie jedz, zdechnij w końcu. nie pytaj, nie odpowiem. nie od po wiem, dotarło? nie zapalę lampki, nie będę patrzył, wydłubie sobie oczy i zagramy w bilard, wykałaczkami. jest druga, druga trzynaście, późno, ciemno i nie pachnie, okno zamknięte i kaszel. gdzieś tam się zanużymy, zatopimy, nasikamy sobie bagno i się wytaplamy w brudnej rozpuście. moje drzewo poznania dobra i zła, któremu oderwałem wszystkie palce u stóp.

teraz wyłącz głośniki, dopij wódkę i połóż się spać.
dobrze.

tę nadpiłowaną gałąź, na której od zawsze siedzieliśmy. Jako dzieci, pamiętasz? No tak, to było dawno – w międzyczasie odbyły się krótkotrwałe rejsy przestraszonej dłoni bo spokojnej tafli oceanu, rozciągającego się od jednego do drugiego krańca łóżka. I ona, zagubiona i subtelnie martwa, kontrastująca niespokojnie z ciszą zatrzymanego po raz ostatni czasu. Była jak żeglarz, obszarpany majtek, szczur pokładowy na okręcie zamkniętym w niewygodnej buteleczce. Wypływała i stygła w bezruchu, dławiona świadomością i łamiącym się głosem łabędziego śpiewu.

To był ten ostatni świt, przeciągany do południa. Ostatni obiad w nadgniłej kajucie, gdzieś poza przestrzenią, ze starymi fotografiami, których tak naprawdę nie miałem ochoty oglądać. Ta gałąź musiała pęknąć, tak się złożyło, tak się musiało złożyć.

Przecież żadna papierowa łódka nie popłynie po zamarzniętej kałuży.

Lubię wsiadać do pustych wind. Słucham kroków na korytarzach, żeby wiedzieć z której strony ktoś nadchodzi i wybrać inny kierunek, by nie musieć mówić cześć lub dzień dobry, w zależności od wieku, pozycji lub stopnia zaawansowania znajomości. Patrzę w wizjer, zanim wyjdę na klatkę schodową. Stojąc i paląc przed blokiem, słucham odgłosów schodzenia po schodach, aby w razie czego schować się za filarem lub wnęką, z podobnych przyczyn. By nie mówić, nie patrzeć, nie widzieć. A w lokalach – różnego standardu i jakości lanego piwa – nie potrafię się skupić, gapiąc się na obcych mi ludzi, których nigdy nie poznałem i nie poznam. To rozbicie pomiędzy nasączonymi asocjalnym lękiem ucieczkami a dojmującą ciekawością.

Muszę to napisać. Obok kibla, po prawej stronie stoi czerwona szczotka. W odróżnieniu od jej włosków, rękojeść nie jest umazana gównem (a przynajmniej być nie powinna) i nie powinna palić w dłoń. Warto by było czasem mimo wszystko zajrzeć do muszli klozetowej, już po spuszczeniu wody (przed też można, jeśli ktoś lubi) i zobaczyć, czy nie pozostały jakieś resztki, a jeśli… skorzystać z czerwonej szczotki i trochę po sobie posprzątać. Wierzcie mi, sranie jest bardziej ludzkie, niż klepanie w klawiaturę, gadanie przez telefon i oglądanie Tańca z gwiazdami.

Dobrego popołudnia.


  • RSS