Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 4.2010

Postanowienie. Nie zaczynać relacji z kobietami od tak zwanej dupy strony. Na ogół nic dobrego z tego nie wychodzi. Podkreślam – na ogół – co nie znaczy, że nigdy. Ale wyjątki potwierdzają regułę. Podobno. Nie żeby zawsze rozpoczęcie relacji w ten sposób iniciowało lawinę wydarzeń, którą w końcowym rozrachunku skwituję krótkim acz wymownym słowem pomyłka. Kiedy się zastanawiam, dochodzę do wniosku, że w moim życiu były dwie pomyłki. Jedna mniej przyjemna od drugiej i odwrotnie. W dodatku obie popełnione w ciągu jednego roku. Zbyt szybko, zbyt pochopnie. Chociaż raz już działałem szybko i pochopnie, ale wtedy czułem i wierzyłem, że warto. Nie było warto. A mimo to nie uważam wydarzeń z pierwszego kwartału ubiegłego roku za pomyłkę. Z tym rokiem jest trochę inaczej. Właściwie całkowicie inaczej. Stąd moje postanowienie.

Liczba osób, które posiadają adres tego bloga, stawia przede mną spore ograniczenia. Nie czuję się anonimowy ani bezpieczny. A mimo to chciałbym opisać czasem niektóre wydarzenia ze swojego życia, dla czystego funu, że tak kolokwialnie to ujmę. Istnieje zatem prawdopodobieństwo, że wkrótce… Poza tym, jest we mnie wiele emocji, które chciałbym z siebie wyrzucić, a tu jakoś nie mogę. Nie idzie mi to tak, jak rok temu, kiedy to w każdej notce skupiał się mój ból, po którym wciąż tak do końca się nie pozbierałem.

Chciałbym zobojętnieć. Zamieszkać samemu. Zmienić numery telefonów, numer gg, adres mailowy. W dzisiejszych czasach tak podobno zaczyna się nowe życie. Nie czuję się źle w domu. Ostatnio pomyślałem i nawet powiedziałem komuś, że cieszę się, że mam rodziców takich, jakich mam. Mam wspaniałego Ojca, który odkąd pamiętam był dla mnie autorytetem i wzorem do naśladowania. Wzorem, którego nigdy nie potrafiłem naśladować. Mam kochającą, chociaż nieco znerwicowaną Mamę, z którą łączy mnie specyficzna, raczej chora relacja, ale mimo wszystko to cudowna i dobra kobieta, która zanim pomyśli o sobie, pomyśli o wszystkich i wszystkim wokół. Nie ze względu na rodziców chcę zamieszkać samemu. Po prostu potrzebuję samotni, miejsca, do którego mogę pójść i w którym nie będzie absolutnie nikogo. Potrzebuję spokoju, abym mógł sam ze sobą poukładać to, co jakiś czas temu totalnie się we mnie rozpieprzyło. I znowu zacząć odczuwać. Pozbyć się urojeń i lęków.

Być.

5 komentarzy

kurwa…

Rano weszła mi w głowę piosenka. Bic Runga Hey. Nie może wyjść. Naszło mnie na myśli, cokolwiek niewygodne. I jakbym ciągle siedział w klatce, z uporczywą niemożliwością wyrażenia się, z jakimś lękiem, na granicy zwykłego niepokoju i panicznego strachu. Jakbym trochę szedł donikąd, albo stał w miejscu. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, czy to moje pijackie urojenie z wczorajszego wieczoru. Ktoś mnie nazwał Biegunem. Ruch, tak. Kalejdoskop i jakoś przeszkadza mi ludzki brak otwartości. Nie przepadam też za pisaniem smsów, choć udaję, że sprawia mi to przyjemność. Generalnie telefon nie sprawia mi przyjemności. Noszę go przy dupie, by był ze mną kontakt, bo ludzie czasem dzwonią. Ostatnio nawet niespecjalnie odbieram. Przerwa na papierosa.

Właściwie byłem przyzwyczajony do tego, że całe życie na coś czekam. I nagle, może to kwestia dnia, zrobiło mi się całkowicie wszystko jedno. Jakby uciekł gdzieś ten pęd do działania. A jednocześnie nie czuję się z tym źle. Jak się kasuje z głowy niewygodne obrazy?

W sobotę trzeci raz idę na Widnokrąg. Nie pomagam sobie, jestem sentymentalny jak kiczowata ramka ze zdjęciem, postawiona na rzadko wycieranej z kurzu półeczce. Mniej gówna się zrobiło. Jakoś. I bardzo mi dobrze z moją samotnością.

To będzie krótka, jednozdaniowa historyjka związana z moim ulubionym portalem społecznościowym.

Analizując liczbę swoich znajomych, czyli po prostu patrząc, ilu ich mam, dokonałem zestawienia tejże niebagatelnej liczby z wynikami obserwacji kochanego przez wszystkich Śledzika, na którego jakiś czas temu wszyscy namiętnie psioczyli, by dojść do jednego, prostego, niekoniecznie ciekawego wniosku, że prawdopodobnie nie jest możliwe, aby skonstruować grupę pięciuset dziesięciorga przypadkowo dobranych ludzi, wśród których nie byłoby przynajmniej kilku ćwierćinteligentów.

*

Brak komentarzy

To wszystko są proste historie pozbawione kontynuacji.

Pies trącał numery. W cykliczności podniecająca bywa jej acykliczność. Zresztą, niewiele mnie obchodzi podniecanie kogokolwiek w chwili obecnej. Ten tydzień, powiedzmy, od minionego weekendu nie sprawia wrażenia zbyt pomyślnego. Dziś dowiedziałem się o śmierci ojca Marty, mojej koleżanki z pracy. Chorował od dawna, lekarze nie dawali mu zbyt dużych szans. W końcu dziś przyszła, być może wyzwolicielska, śmierć. O umieraniu, pogrzebach i tak dalej pisałem już na tym blogu niejednokrotnie, więc daruję sobie oklepane kawałki w stylu Twardowskiego lub epikurejskiego carpe diem, bo co to właściwie zmieni? I co zmieniłoby moje egzystencjalno-epikurejsko-hedonistyczne podejście do ulotnego życia?

W sobotę zaś, rozbił się samolot prezydencki, na którego pokładzie leciało blisko sto osób, spośród których nikt nie przeżył. Zginął prezydent, jego żona, bliscy współpracownicy i wiele innych, istotnych dla kraju, osób. Nie będę teraz pisał peanów na cześć kogokolwiek, bo nie byłbym sobą, gdybym teraz wmawiał sobie i światu, że kogokolwiek, kto zginął w tej tragedii, kiedykolwiek lubiłem. Nie lubiłem lub traktowałem neutralnie. Szczerze mówiąc rzygać mi się chce od tych wszystkich wypowiedzi na łamach prasy i w telewizji – nagle wszyscy zagorzali przeciwnicy, szydercy i polewacze gnojem w stylu Miecugowa czy Żakowskiego, totalnie zmienili front. Też mi dojrzała profesja dziennikarska. Nie odszczekam wszystkiego, co kiedykolwiek powiedziałem na temat prezydenta czy kogokolwiek z tragicznie zmarłych, bo nikomu to niepotrzebne. Powiem tylko tyle – szkoda ich wszystkich, szkoda ich jako ludzi, którzy mieli rodziny, marzenia, plany. W takim aspekcie ich żałuje. I według mnie cała ta pośmiertna otoczka jest obłudna i niepotrzebna, ale to takie typowo polskie. Polska – naród radujący się wręcz swoją wielowiekową historią martyrologiczną, niepotrafiący zapomnieć o bolesnej przeszłości i tkwiący w wybujałej mitologii, która przynosi więcej smutku niż pożytku.

Nie wrzucę tu żadnej czarnej wstążeczki lub znicza, złożonego z dwóch nawiasów i gwiazdki lub apostrofu, bo to również nic nie zmieni, a chyba lepiej ewentualne eschatologiczne zamyślenia nosić w sobie niż dzielić się nimi z przypadkową tłuszczą, która wędrując po bezdrożach sieci niechcący tutaj zawita.


  • RSS