Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 5.2010

dzień dobry Rose. nadal patrzysz w to okno? co ty tam widzisz?
fakt, to co ty widzisz, tego nikt nie widzi, choćby nawet widział więcej…

poszukuję mieszkania. kawalerki. wszystko jedno gdzie, byle nie na Tatarach, Kalinie ani Bronxie – tych dzielnic bowiem nie trawię i czuję się tam nieswojo. wymagań szczególnych nie mam – podstawowe wyposażenie, pralka, lodówka. kabina prysznicowa, najlepiej zasuwana, z drzwiczkami, nie z kotarą, bo z kotary ścieka woda na podłogę, a w deszczowe dni mop nie nawykł wysychać.

wolę zamieszkać samemu. potrzebuję przestrzeni. właściwie to nie tak do końca samemu. będę miał dwie współlokatorki. jedną nazwę Rose. Będzie miała czarne długie włosy, około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu. będę kupował jej sukienki w second-handach i lumpeksach. do całego wyposażenia meblowego dokooptuję niewielką szafkę, w której będą jej rzeczy – ubrania, peruki, może buty, jeśli coś się trafi. czasem dam jej ponosić którąś ze swoich koszul lub marynarek. kiedy będę wychodził, Rose będzie stała w oknie i patrzyła. wrócę, a ona wciąż ze spojrzeniem utkwionym w zaokienną przestrzeń. Rose będzie manekinem.

drugą współlokatorką będzie szczurzyca, której nadam imię Sibel. jak ta niemiecka aktorka porno, pochodzenia tureckiego. wolę mieć szczurzycę, ponieważ jej mocz jest mniej wonny, nie irytuje, po prostu nie śmierdzi tak bardzo jak uryna samca.

ktoś mnie zapytał, czy nie lepiej po prostu z ludźmi, przecież manekin i zwierzę nie będą ze mną rozmawiały, nie zrozumieją mnie, kiedy będę do nich mówił i tak dalej i tak dalej. odpowiedziałem, że owszem, ale od nich nie będę tego tak bardzo oczekiwał.

tak będzie zdrowiej.

ona taka zwykła była. zwyczajna, jak kiełbasa ze sklepu mięsnego. w niczym się nie pomyliłeś, po prostu olśnił cię ten soczysty blask skóry, nietypowy dla kiełbasy zwyczajnej i tylko w tym znaleźliśmy pewną nietypowość, bo reszta była schematem pustych doniczek po kwiatach, wciaż udających kwiaty. to żałosne, ta słabość do kiełbasy zwyczajnej.

za miesiąc o tej porze będziesz patrzył w przestwór morza, mokrego, bo i takie istnieje na Krymie. gdzieś poza światem, o godzinę lub dwie do przodu, z ponownie wyłączonym telefonem, pośród szumu i delikatnego wiatru. i zastanowisz się, czy czasem owa poszukiwana niezwykłość, nie kryje się za szkłami okularów, wielkimi jak denka od butelek po mleku.

i te kury, wie pani, potopiły się. obie. a ja w tych piórach i gdakaniu miałam skupione dwie trzecie świata i każdego porannego obudzenia. kiedy tak to ziarno pszenicy sypałam na ziemię przed domem, a one dwie, takie radosne, niemal w podskokach, biegły po nie i wydziobywały, to aż łzy w oczach miałam, że ile to radości można sprawić, jednym ruchem ręki. a one, te kury, wie pani, potopiły się. obie.

nie no, taki zwykły bury kot, żaden rasowy, ot, śmietnikowy, ale taką sierść miał ładną, zadbaną. a wygłaskany był, bo ja tak mu zawsze, pod wieczór, przeczesywałem dłońmi to błyszczące futerko. on lubił tak w stogu siana się kłaść w ciągu dnia i zasypiać. czasem chodziłem za nim do stodoły, obserwować, jak łapie myszy. ale on nie łapał, nie przy mnie. kładł się, zwijał się w kłębek i kiedy ja go tak, no wie pani, głaskałem, mruczał po cichu i jakby się uśmiechał. no i kiedy ta woda, to ten kot zniknął mi gdzieś. szukam, wołam, całymi nocami, bo to tylko do tego kota mogę gębę otworzyć, ale ni widu, ni słychu, mruczenia czy choćby pomiałkiwania. taka cisza teraz i pusto, kiedy tego kota gdzieś poniosło.

no i gdzieś tam się zawieruszyły w tym zgiełku zdjęcia. a na nich była moja Jadwinia, zmarła biedaczka na grypę, lat temu będzie ze trzydzieści. dzieci nie mieliśmy. Jadwinia, mówię pani, to była kobietka, jaka to dziewczyna była, że chłopaki tak za nią, w milczeniu, ale za nią zawsze, bo ona tak się poruszała, że cała wieś cichła, by posłuchać tego szeleszczenia materiału jej sukienki. czasem plotła sobie wianki. a potem to mi tylko te zdjęcia zostały. i nic więcej, bo tu do tej dziury to ani pies z kulawą nogą nie zawita. ona pewnie gdzieś płynie teraz, podróżuje na tych tratwach fotografii, to może i szczęśliwa, nie wiem, może i tak, ale to dobrze.

a pan, panie D.? wolałby dwie kury? kota? czy może wystarczyłyby fotografie? tylko kto do kurwy nędzy miałby być na tych fotografiach?

Lublin, 24 maja 2010 roku

Dzień dobry,

Zaczął się kolejny tydzień. W ubiegły piątek, albo nawet wczoraj (może bardziej wczoraj, bardziej by pasowało), powinienem był powiedzieć lub napisać, że kończy się tydzień, nie ma nadziei, że następny coś jeszcze zmieni. Jak w piosence Kazika. No bo właśnie – wczoraj, całkiem przypadkiem, trafiłem na koncert na Polibudę, był Kult. I błoto, wszędzie błoto. To dlatego, że mocno popadało kilka godzin wcześniej, pewnie słyszałaś, jakoś tak przed piątą po południu. No i chlapa się zrobiła. A jeszcze ludzie niedaleko mnie tańczyli w tym cuchnącym uryną i gównem bajorze. Jak się bawić, to się bawić, pomyślałem. No ale nic, buty jakoś doczyściłem. Została mi kurtka, ale to później. Spodnie i tak do prania, więc mała strata, że się unurały. Nie zostałem do końca koncertu. Zabrałem się stamtąd jakoś przed północą, albo po 23.00, nie pamiętam dokładnie. Czy czułem się lepiej? Czy czułem, że coś realizuję? Nie, niespecjalnie.

Dziękuję, że opisałaś mi swój dzień, a właściwie wieczór. Było nie było, było bardzo miło. Trochę tak. No, tak czy inaczej napisałaś to w dość wesołej konwencji. Też nie lubię hałasu, nie lubię, jak w jednym pomieszczeniu znajduje się więcej niż cztery osoby. W piątek było ich sześć, łącznie ze mną, o ile dobrze liczę… Nie, jednak pięć. I kot. Ola ma założone dwa szwy, ale będzie żyła. Pod koniec tej „imprezy” złapałem krzywą fazę, bardzo. Chciałem, żeby cały świat runął i żeby nie zostało nic ani nikt. No i ja też, żeby nie. Siedziałem na piątym piętrze, na balkonie, ale nie ciągnęło mnie na dół, jakoś nie. Nie wiem czemu, bo nie widziałem w sobie żadnego pędu ku życiu. Przychodziła do mnie na ten balkon E., wiesz, kelnerka, coś tam – kładła się na mnie trochę, wyciągała z tego balkonu, żebym z nimi, żebym poszedł, ale ja nie miałem ochoty. Pytała, czy chcę już iść. A ja chciałem i nie chciałem – pisałem Ci. Pustka i nienawiść do bogu ducha winnych ludzi, którzy nie są w stanie jej zapełnić. I jakieś zniewolenie w tym bezowocnym trwaniu, pozbawionym promyka nadziei. I co kurwa z tego, że przychodziła i wykazała zainteresowanie tym, co się ze mną dzieje? To, owszem, miłe, sympatyczne… I bardzo typowe, jak zdążyłem się przekonać. A ja nie chcę takiej typowości. Chcę świata, chcę osoby, nie… źle mówię. Chcę Osoby, przez wielkie O, takiej dla mnie, takiej Łatki na tę czarną dziurę, w którą od tak długiego czasu spadam, nieustannie w dół, obijając się raz po raz o wystające, ostre jak brzytwa krawędzie. Tylko że to chyba nie jest możliwe, przynajmniej nie teraz. Wiesz, ja jestem potwornym egoistą. I mając świadomość tego faktu, odcinam się od ludzi, żeby nie zagarnąć ich niezależności. Jeśli nie ja, to oni sami się odcinają, świadomie lub nie, czując, że utonęliby w tym moim bagnie.

Teraz ja zapuściłem kata. Lepszego niż Twój. Nie śpisz jeszcze?

Naprawdę uważasz, że powinienem pójść do lekarza? Co miałbym mu powiedzieć? Panie doktorze, chujnia, bo straszną pustkę czuję? I ludzie, których mijam, których spotykam, z którymi rozmawiam, nie są w stanie jej wypełnić. To wszystko poza, niewyczerpana gra pozorów, jakbym każdy uśmiech, każdy zachwyt, cyzelował, obrabiał heblarką, żeby jako tako wyglądały. Nie, nie czuję się nieszczęśliwy, mówią, że pan jest doktorem duszy. A ja kiedyś napisałem, że nie wierzę w duszę i już nigdy w nią nie uwierzę. To nieważne, wiem, że to tylko metafora. Jak mówiłem, nie czuję się nieszczęśliwy. Mam oboje rodziców, cudowną siostrzyczkę, całkiem inteligentnego, choć nieraz irytującego, brata. Mam dobrą pracę, kończę studia (a właściwie próbuję skończyć). Otaczają mnie ludzie, bliscy, tacy, którym mogę powiedzieć niemalże wszystko i tacy, którzy albo dobrze udają, albo naprawdę im na mnie zależy. Co wobec tego jest nie tak? Gdzie jest ta radość życia, ten promyk światła, do którego i za którym chciałbym pójść? Tak miałbym mu powiedzieć? Popukałby się w głowę i powiedział dorośnij. Ale gdzie zaczyna się ta dorosłość? Dla tych, co myślą o świecie – w tym miejscu, w którym przestają? A dla tych ze zwichniętym systemem wartości i uczuciowością? Kiedy? Gdzie? Kiedy zaczynają odczuwać? Czy kiedy zapominają, jak to było, kiedy czuli, wiele wiele lat temu i po prostu trwają w tym marazmie, którego całkowicie nie dostrzegają? A może wtedy, gdy zaczyna im być wszystko jedno – wielka, ogromna, monstrualna i inne tautologiczne nawarstwienia… wszystkojednia? Kiedy już nie razi ta umoczona w rzadkim gównie codzienność, zwykłość? Spójrz, ile stawiam Ci pytań? Nie oczekuję odpowiedzi, nie oczekuję nawet, że w lekturze tego melancholijnego pieprzenia dotarłaś aż tutaj.

Nie dorastam do pięt świętej pamięci Hermanowi Hessemu, ale może powinienem zatytułować tego maila tak samo jak on zatytułował pierwszy, o ile pamiętam, rozdział swojej najbardziej znanej powieści pt. Wilk stepowy? Zatytułował go Tylko dla obłąkanych. Ale może Ty zrozumiesz? Może właśnie dlatego piszę to Tobie? Cholera, długie to. Muszę test nowej pracowniczce przygotować. Zamknę się już.

kiedy wyłączasz telefon, po prostu, na kilka dni, nadchodzi taki moment, kiedy boisz się go ponownie włączyć. Agnieszka powiedziała, że to absurdalne, nienawidzić ludzi za to, że nie potrafią wypełnić twojej pustki. albo jakoś tak. że można nienawidzić jednostki, ale nie ogółu. podróżuję pomiędzy ludźmi. są. byli. będą. każdego dnia mijam ich dziesiątki. setki. może pewnego dnia minę kogoś, kto mógłby. kto mógłby. ale wtedy nie będę o tym wiedział.

zaczynają docierać przedwieczne smsy, na które i tak nie odpowiem.

papierosy są zawiniętą w papierek częścią mnie. dym wchodzi we mnie głębiej niż ktokolwiek. do każdej komórki. taka oralna rozkosz, bez połykania smolistego ejakulatu, płynącego w obie strony, tańczącego na wietrze, poprzestrzelanego kroplami północnego deszczu. może taniej by było raz w tygodniu pójść na dziwki, zanurzyć się w wilgotnym łonie osamotnionej prawdy o człowieku. wtulić chłodny czubek nosa w trącącą potem, gładko wygoloną pachwinę. muskać językiem labirynty załamań na skórze podrażnionej koronką.

i wtedy zdałbym sobie sprawę, że zapomniałem już o hiszpańskich uliczkach.

jednak nawet po wszystkim, po uszczupleniu portfela, po podejrzeniu zakażenia wirusem hiv lub innym syfem, sięgnąłbym do czerwonej ze wstydu paczki pall malli. i poczułbym gorzki smak dymu, przemieszany ze słonawym śluzem, krzątającym się gdzieniegdzie po zesztywniałym i nieco obolałym języku.

co to do kurwy znaczy podobna wrażliwość? co to do kurwy znaczy wrażliwość? że kartkując strony (kartkować strony?) Kociej kołyski to to i tamto, że naszły jakieś wspomnienia i rojenia ideału własnej osobowości? że te zapłakane oczy tak chciałbyś mieć, kiedy Paul Potts śpiewa kawałek operowy? nie że ty, że własne, że oczy w twoich oczodołach, tylko gdzieś tam ta delikatna faktura skóry powiek, skóry dłoni, ściśniętej w piąstkę, zdającej się mówić, nie otwieram się na ciebie.

nie otwieraj się. pozostań białą plamą, ujmą na dumie i honorze, niespełnionym elementem, nierzuconą kością do gry. niewydarzoną kamienną drogą. bo nic w tobie nie ma. jedynie bezbrzeżna pustka bladego świtu, kryjąca się gdzieniegdzie w zapoconej pościeli. Nie szukaj, proszę, więcej moich żeber, bo ich już nie ma.

Stałem się osamotnioną tajemnicą kostki alpen gold.

było ciemno. pokój oświetlała jedynie zapalona u wejścia do klatki żarówka. leżałem tak, wtulony w ciebie lub może ty leżałaś wtulona we mnie, gdy nagle usłyszeliśmy dźwięk telefonu, który wydał się nam obojgu zupełnie nieadekwatny do pory, o której zadzwonił. pierwsza nasza wspólna myśl – babcia – babcia nie żyje. ze łzami w oczach musnąłem ustami twoje lekko słone od potu ramię. jednak po jednym sygnale wszystko umilkło. do moich uszu dobiegł płacz mojej siostry. i kroki ojca przemierzające mieszkanie. otworzyłem oczy, ale ciebie już nie było.

zszedłem z łóżka i poszedłem do pokoju Małej, w którym był już ojciec. zapytałem, kto dzwonił. odpowiedział, że nie wie, bo nie wyświetlił się numer, po czym dodał, że to był jego stary znajomy, naukowiec, nawiedzony, opowiadający zabawne dowcipy. problem w tym wszystkim tlił się taki (jak się później okazało), że nie było żadnego telefonu, nie było płaczu, nie było nawet mojego zejścia z łóżka, a oczy w rzeczywistości wciąż były zamknięte.

niemniej, wróciłem do siebie, żeby spróbować zasnąć. grała muzyka, najpierw Kult, potem Antonina Krzysztoń, choć tak naprawdę w pokoju było cicho. spojrzałem na meble, na regał, na szczycie którego stała wieża stereofoniczna, której tak naprawdę wcale tam być nie mogło. gdzieś za oknem dało się słyszeć pokrzykiwania wracających skądś, zapewne pijanych, ludzi. jeden z nich, prawdopodobnie mój sąsiad, wszedł na klatkę schodową. jego kroki również słyszałem. pijackie pomrukiwania oraz, co wydało mi się nawet dziwne, odgłos splunięcia – na nasze drzwi, jak śmiałem przypuszczać. oprócz tych zjawisk słuchowych, w pewnym momencie pod kołdrą zobaczyłem jego stopy i piszczele. miał na sobie frote granatowe skarpety. wówczas poczułem, że coś jest nie tak, że ta noc jest potworna. przyspieszył mi puls, oddech stał się ciężki. nie potrafiłem wychwycić granicy między snem a jawą.

podniosłem głowę, wieża stereofoniczna znikła, podobnie jak wcześniej moja pościelowa towarzyszka, która rzeczywiście mogłaby być jedynie sennym urojeniem, co stopniowo do mnie docierało. po chwili na przeciwległej ścianie zobaczyłem czarny, niewielki cień. czułem bądź wiedziałem, że to jakieś zwierzę. ogarnął mnie niewytłumaczalny lęk. cień zbliżył się do mnie, bym mógł zobaczyć, że to jedynie malutki motyl o ciemnym ubarwieniu, zapamiętale tłukący skrzydłami w sufit.

jednak na tym suficie nie było ani jednej gwiazdy, dlatego niebo nie mogło się otworzyć (choć szczerze mówiąc w okolicach godziny drugiej poczułem, że jest ono jeszcze bardziej odległe niż uprzednio sądziłem). bo cóż może zdziałać jeden motyl, zamknięty w sześciościennym, dusznym pomieszczeniu?

ponownie otworzyłem oczy, tym razem chyba naprawdę. w domu było cicho, ciemno. pokój wciąż oświetlała ta sama żarówka. przez kilka chwil zastanawiałem się, czy to już rzeczywistość. serce biło bardzo szybko. wybiła trzecia. zasnąłem przecież niecałe pół godziny wcześniej, a te wędrówki na granicy realnego i wyśnionego wydały mi się niewyobrażalnie długie. spodziewałem się zastać świt, promienie słońca załamane przez przysłonięte żaluzje. niczego takiego nie było. jedynie blade światło na zewnątrz i cienie kwiatów rzucane na meble.

trzecia. zostało niecałe cztery godziny snu, które mimo wszystko chciałbym wykorzystać. jednak chyba po raz pierwszy w życiu (bądź pierwszy, o którym pamiętam) bałem się powtórnie zasnąć, czego kompletnie nie potrafiłem wytłumaczyć. próbowałem zamykać oczy, lecz chwilę potem pojawiały się kolejne wizje, których w większości teraz nie pamiętam. jedynie kobietę, a raczej połowę kobiety, stojącą przy ladzie jakiegoś sklepu. czerwona spódnica, brak ciała od pasa w górę. półczłowiek. takie moje żeńskie alter ego.

zasnąłem.

Może na jakiejś niewidocznej gwieździe
jest niebo dla samobójców?

słuchaj tego pragnienia dotyku, którego nie umiem nie mogę nie wypowiem. przez ciebie robię się sentymentalny jak Laurence Sterne. możesz szukać moich żeber, kiedy przechodzimy przez jezdnię, a nadjeżdża samochód. słuchaj tego, że chcę gdzieś dojść, nie tak do końca wszystko jedno jak wszystko, gdzie. tylko tu lub gdzieś tam, gdziekolwiek to tam jest, nadal uśpione. moje twoje nasze, być może kiedyś wypłakane lub płakane do dziś, kwestia aspektu czasownika.

ty. nieodmienna część mowy moich zamkniętych oczu i podziurawionej świadomości. ty. bez shifta bez capsa zrównana do małości formalnej, poza konwencją. rozdmuchana jak ziarna piasku, które nie szczypią, jak waniliowy szampon dla dzieci.

ty. która być może staniesz się moją karą za te rozdroża rozłożonych nóg, które nieraz bez mrużenia oczu pospiesznie opuszczałem. i nie jest ważne, że dotkliwie mnie ukarano za porzucenie lasu fikcji, niespełna trzy miesiące później, wiosnozimą ubiegłego roku.

i żeby tak kiedyś się udało zsumować dwa niezależne odmienne zaimki, połączyć w jeden odmienny zmienny, który po chwili stałby się czasownikiem o charakterze omnitemporalnym. I żeby ta omnitempora nie była nudna, nieszczególnie i nie pod koniec.

bo końców niesprawiedliwie więcej niż początków.


  • RSS