Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 6.2010

zakrzywiła mi się rzeczywistość.
robiąc skłon i dotykając palcami bolesnej podłogi.
poproszę kilogram gwoździków.

23:26

Brak komentarzy

zabiję ich wszystkich je wszystkie. białą bluzkę, spódnicę w kolorze indygo. zabiję odetnę ramiona, te szczupłe łamliwe ramiona i ciemnoróżowy stanik, odetnę cię, odetnę je, je wszystkie i nigdy nie zapalę górnych świateł, ze złączonymi w kolanach nogami, rzucającymi cień na od lat niemalowany sufit.

zniszczę cię, smukła szyjo, nie oddychaj mi, zdechnij, jak każdy sen, bo już się nie śni nic i tylko przebłyski. po ludziach nie należy się spodziewać niczego złego, ani niczego dobrego. tak wygodniej bezpieczniej lepiej. zdechnij zdechnij zdechnij.

ty jesteś mój papier, który przyjmie wszystko, który nie przyjął nic. nie przyjął, spłonął, uciekł uciekł zdechł nie zdechł, głupia, zasrana, pierdolona, tępa, niedojebana kurwo.

a teraz, kiedy znamy się już całkiem nieźle, masz pełne prawo mi obciągnąć. trysnę ci w samo gardło, zakrztusisz się naszymi nie-do-końca-spłodzonymi dziećmi, łamliwa kaflaro, panno śrubo, panno numer ewidencyjny jakieś dziewięć, dziwięć i pół i to pół, które mi odebrano prawdopodobnie na zawsze.

nie mam dziesiątej pieczątki na wizytówce z korporacji taksówkarskiej multi-taxi.
tę dziesiątą przybiję sobie na kutasie, a ty posłusznie to zliżesz.

Czasem z nudów oglądam na youtubie fragmenty Rozmów w toku, tak dla odmóżdżenia i odstresowania. W pracy zaś słucham rozmów konsultantów z dłużnikami. Wobec tych zdarzeń rodzą się we mnie dwa pytania. Dokąd zmierza to społeczeństwo? Na jakim etapie jest ono teraz? Można by również zapytać – co to się stało, że się zesrało? Historycznie można wytłumaczyć kwestię ludzi w podeszłym wieku, mieszkających tam, gdzie psy dupami wyją – wojna, PRL, a następnie dynamiczne zmiany ekonomiczno-gospodarcze. Do tego nalezy dodać ograniczony dostęp do wszelkiego rodzaju mediów. Prób usprawiedliwienia można podjąć bez liku, jednak nie zmienia to przykrego faktu, że żyjemy w erze analfabetów i półdebili. Przerażające, że ludzie nie odróżniają numeru PESEL od numeru rachunku bankowego, numeru rachunku od numeru umowy kredytowej, że myli im się placówka handlowa z placówką finansową etc.

Staram się nie oceniać, nie potępiać, bo niby kto mi dał do tego prawo? Jednak to niełatwe, tkwić w społeczeństwie i przechodzić obojętnie obok ludzkiego ograniczenia. Przypomina mi się jedno z pierwszych zdań z książki Wielki Gatsby  F. Scotta Fitzgeralda. Było to wspomnienie głównego bohatera o ojcu, który powiedział mu kiedyś, żeby zanim kogoś potępi czy oceni, pamiętał, że nie każdy miał takie warunki rozwoju jak on. To oczywiście parafraza, ale sens, jak sądzę, zachowałem. Kłóci mi się to z innym powiedzeniem. Każdy jest kowalem własnego losu? Zastanawiam się, jak to ugryźć, ale to rozważania na osobny wywód. Temat na poemat. Poemat o kowalu, jakbym czuł gdzieś w pobliżu wodę kolońską Leopolda Staffa.

Jeśli jestem w stanie pogodzić się z ograniczeniem ludzi, których ograniczono odgórnie – a pogodzenie polega tu po prostu na niemyśleniu tymi kategoriami – tak za nic w świecie nie umiem pojąć tępoty tych, którzy szanse rozwoju mieli co najmniej średnie – chodzili do szkół podstawowych, gimnazjów, liceów, niektórzy nawet pokończyli lub kiedyś skończą uczelnie wyższe. I mimo wszystkich udogodnień, statystyki wciąż są bezwzględne – nikły procent przypada na tych samodzielnie myślących, pozostali zaś chłoną tę medialną (i nie tylko) papkę, serwowaną przez wszelkie stacje telewizyjne, radio, czy Internet. I wyrasta nam, na pogorzeliskach dawnej świetności, pokolenie 90+, które kiedyś będzie nami rządziło. Tacy, dla których podstawowe wartości to gra w słoneczko, nawalenie się na imprezie, spalenie skręta, wpierdolenie komuś dla zabicia nudy. Zero pasji, zero ambicji, całkowity brak konstruktywnego myślenia i słynne ostatnio JP na 100%, również błędnie interpretowane przez większość przygłupich gimnazjalistów.

Nie uważam, co chyba oczywiste, że tak jest zawsze i wszędzie. Twain powiedział kiedyś, że są trzy rodzaje kłamstwa – małe kłamstwo, wielkie kłamstwo i statystyka. Trudno się z tym nie zgodzić, ale kiedy obserwuje się świat, patrzy na ludzi, ich zachowania, wyznawane wartości i obłudę, naprawdę trudno zauważyć coś, co można by polubić. To raczej obrzydza, odrzuca, zniechęca. Ktoś powie, że tak przecież było zawsze, a jednak świat funkcjonował i funkcjonuje dalej. Nie mogę zaprzeczyć i tego nie zrobię, sęk w tym, że kiedyś to było mniej rozpowszechnione, ze względu chociażby na pomniejszony (adekwatnie do czasów) wpływ kulawych mediów. Piszę kulawych, ponieważ dostrzegam dziwną prawidłowość – wszelkiego rodzaju twórcy (czy to filmowi, czy literaccy) chcąc napiętnować jakieś zjawisko, w istocie je propagują. Współczesna szkoła tworzy pewien model odbioru rzeczywistości. Najprościej scharakteryzować go słowem wybiórczy. Z całego potoku informacji, wybiera się tylko pewną ich część – albo najbardziej interesującą, albo najważniejszą – kwestia przyjętej metody szkoleniowej. Powoduje to pewien zamęt, swoisty bałagan informacyjny, który koniec końców doprowadza do przełożenia powyższego modelu na życie codzienne, na odbiór zasłyszanych opinii, obejrzanych filmów, przeczytanych książek i tak dalej. No i prosty przykład – niezły film Katarzyny Rosłaniec pt. Galerianki. Próba pokazania problemu, potępienia ukazanych zachowań, przestrogi – tak dla młodych ludzi, jak i ich rodziców. A jaki efekt? Pełno wypowiedzi nastoletnich gówniar, którym taki styl życia, jaki prezentowały tytułowe bohaterki, bardzo się podoba, a wręcz im imponuje. Inność zawsze pociągała, z tym że obecnie tą innością staje się niegdysiejsza normalność, robiąc się też ryzykowną, szczególnie jeśli chcemy być dostrzegani i akceptowani przez resztę.

Pani Katarzyno Rosłaniec, proszę się nie martwić. Tołstoj podobno również pragnął potępić niecne romanse Anny Kareniny, a wyszło na to, że to jej współczujemy i nad jej śmiercią bolejemy, często żywiąc nieskrywaną nienawiść do szanownego pana Karenina.

Może należałoby to wszystko zburzyć i zbudować od początku? Bóg jednak nie ześle ogólnoświatowego potopu, bo po pierwsze nie istnieje, a po drugie, gdy Arka Noego osiadła na wulkanicznym masywie Araratu, rzekł, że nigdy już nie spowoduje kataklizmu, który pozbawi życia całą populację. Chyba nie przewidział dzieci neo i tępych różowych piczek. Zdarza się i tak.

[edit: Nena powiedziała, że pani Rosłaniec jest tępą cipą i dała dupy, żeby móc nakręcić swój film, co powoduje, że poniekąd zrobiła film o sobie samej. Też się zdarza.]

połóż się na mnie, bo chcę leżeć pod tobą, jak pod śniegiem. zasnąć, upuściwszy wszystkie liście. ja-ruda-piegowata-świnia, gdzieś tam z ADHD, spragniona zimy w środku lata, na każdym kroku po kocich łbach, o które niewdzięcznie stukasz obcasami. widzisz te włosy stojące na baczność i wyłupiaste mieszki? ty, moja pani pułkownik w kabaretkach, pozbawiona makijażu.

obciągnij mi. wyssij ze mnie te wzruszenia nad rozdeptanym ślimakiem. ja-ciemna-zmaza-poranka, nocna zmora niezamkniętych oczu, trzymająca cię za rękę.

jest tak ciemno, że pogubiłem twój język i już dłużej nie rozumiem, o czym właściwie mówisz. a w oddali tango cygańskie i zerwany łańcuch, jedyna broń w walce ze złowróżbną grawitacją, wyrodną matką sensu. niedziela. głuchy powiew wiatru i nieprzerwana pustka kropli deszczu.

gdzie się rozpina tę białą sukienkę?

.

1 komentarz

kurwa, tyle kwiatów…

Byli w sobie zakochani. Bez przerwy wymieniali małe prezenty: ciekawe widoki za oknem, zabawne albo pouczające fragmenty lektury, przypadkowe wspomnienia (…)

Tworzyłem już duprassy z tyloma osobami, że chyba powoli przestaję w nie wierzyć. Powinienem był już kilkakrotnie umrzeć albo przynajmniej stracić wyraźną część siebie. A jedynymi momentami, gdy tak się dzieje, są chwile, kiedy udaję, że rzucam palenie. Tak jak ostatnio. Jakieś sześćdziesiąt pięć godzin, po to by kupić ładną paczkę Davidoffów, w kolorze ecru, za dziesięć złotych i siedemdziesiąt pięć groszy. W Żabce.

Obok mnie stała P., której nie widziałem wiele lat. Ta, z którą bawiłem się w dzieciństwie i która wówczas miała zepsute mleczaki, chyba od słodyczy. Teraz wszystko miała na miejscu. Nawet tę niebieską bluzeczkę z kotkiem, którą pewnie chętnie bym z niej ściągnął, gdyby była ku temu sposobność.

Duprass. Karass na dwoje. We dwoje.
Dwoję się i troję.
Podwajam. Potrajam.
Samotność.
Leć, Panie Lec.

w tym roku będzie statystycznie więcej morderstw. zabójstw z premedytacją i w afekcie. samobójstw. napaści. pobić. gwałtów. awantur rodzinnych. noży wbitych pod żebra. poderżniętych gardeł. kroniki policyjne mocno się uzupełnią. mamy pierwszy czerwca, o czym pogoda, jak sądzę, raczyła zapomnieć. stąd moje prognozy.

nie palę już 62 godziny i 12 minut. w zaokrągleniu oczywiście. tym razem już czuję swoje kalekie ramiona. oba. być może to w wyniku przeciążenia, przećwiczenia mięśni, których gwoli ścisłości wcale nie mam zbyt dobrze rozbudowanych.

pić też nie piję. od piątku. pamiętam, że w niedzielny wieczór wypiłem jedno piwo, bo zostało. z piątku. stało i smutno na mnie patrzyło. dlaczego miałem mu nie pomóc? ale do kolejnej soboty spokój. i mam to w dupie, czy przesadziła z alkoholem i czy powinna iść na odwyk. mam w dupie jej odwyki i nawyki. mam. w dupie. a przynajmniej się staram.

wczoraj pomyślałem, podczas drobnych zakupów w Tesco, że w mojej firmie pracuje zbyt wiele osób. gdzie się nie ruszę, czy to hipermarket, czy galeria handlowa, czy House, czy Cropp, czy H&M, wszędzie spotykam kogoś z pracy. nawet dyrektora B. w Reserved, o ile dobrze pamiętam, ale wielki shit tam mieli, co pozwala mi stwierdzić, że Reserved się zeszmacił. dosłownie.

M. mnie wkurwia. za dużo jej.
E. mnie wkurwia. za-nie-wiadomo-jak jej.
K. mnie nie wkurwia. w-sam-raz jej.
z nią nigdy nie było problemów.

yk. yk. chyba naprawdę brak tych fajek skutkuje brakiem jakiegoś fragmentu mnie. i pewnie ten brak nazywa się opanowaniem. albo spokojem.


  • RSS