Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 8.2010

policzymy puste łóżka i łóżka półpuste, choć teoretycznie jedynie w połowie zapełnione. leżymy na łóżku, ja i moje ja, ciało i umysł, uzupełniamy się nawzajem. niszczymy się nawzajem. albo to jedynie umysł, złoczyńca, niszczy ciało. albo fakt posiadania ciała nie daje spokoju umysłowi. było nie było, obaj leżymy na łóżku, na którym jest miejsce tylko dla nas.

ludzie w swojej wątpliwej mądrości potworzyli (tak, leśmianowskie) łóżka jedno- i dwuosobowe. są i większe, ale to już rodzaj dewiacji. a nas, moje ciało i umysł, niestety, bardzo niestety, dotyka łóżkowa agorafobia. materac o szerokości dziewięćdziesięciu centymetrów powoduje złudzenie bezgraniczności, pewnie dlatego, że palce umysłu mogą jedynie przeplatać się poprzez włosy ciała, a palce ciała nie mogą przeplatać się poprzez włosy umysłu. więc jest ręka, jako część ciała i genitalnia, jako część tego lub tego, właściwie do dzisiaj nie wiadomo.

no i taka jedna z drugą, piszą do mojego umysłu, który potem krzyczy do ciaławeź i się porzygaj, moje drogie ciało. zahaftuj podłogę lub klawiaturę, zdawałby się mówić, mówiłby, wykrzyczałby, gdyby ciało nie było takim, jakie jest.

łóżko, w którym sypiamy jest małe, jest jednoosobowe i kolejne, które kupimy, również będzie jednoosobowe. i być może kolejne. umysł od jakiegoś czasu namawia ciało, aby odcięli od siebie część wspólną. i jedyne, co przychodzi mu do głowy, to te nieszczęsne, sflaczałe ostatnimi czasy genitalia. tak, wiesz, żeby był spokój, bo potem to czytamy w gazetach, że to to tyle, a to to tyle, to istotne, to mniej i generalnie jak umysł dziś przejrzał kilka akapitów obcej historyjki, pomyślał, że kurwa, jak tu odzyskać wiarę w świat, w ludzi, w kobiety, w mężczyzn?

i ciągle powraca motyw łóżkowej agorafobii. te pustostany bywają irytujące. wyobraź sobie byt, z dziesięcioma koniuszkami palców, rozwiniętymi w kształtne stopy. i tak dalej i tak dalej, przez łydki, uda, cipkę, brzuch, piersi, szyję, głowę i włosy. taki byt, po którym się wspinasz, jak po drabinie, aby potem po łebkach się zsunąć, poprzez wło- gło- szy- pie- brzu- cip- u- łyd- sto-. i na końcu położyć się obok, wśród tej sztucznie wypełnionej pustki i marzyć o siedmiu połączonych ze sobą nieboskłonach. ludzie wydumali sobie językowo, że niebo będzie się im kłaniać. i tak sobie umysł wyobraził to wchodzenie po drabinie, to schodzenie, niekoniecznie po łebkach, bo noc wszakże młoda. jednak zdjęcia wiszące na ścianie i samo odstawione na kilka chwil ciało, poczęły krzyczeć umysł, idź zwal sobie konia i pójdź spać jak normalny człowiek, bo nie wstaniesz na ósmą do pracy!

i tak jest właściwie codziennie.

Powiedziała chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi. (Pomyślał proszę Cię, kurwa, co to ma być za tekst?) Nie powiedział tego. Poczekał, by przytoczyć pewien wiersz Bartosza Jasińskiego. A chciał jedynie wiedzieć, co poczuła, jak czuła, po tej drugiej nocy. Oprócz niewyspania?Tak, oprócz, nie pytaj jak idiotka, pomyślał, ile Ty masz lat? Zapytał potem, po co to wszystko było. Ten wyjazd, to tulenie, to całowanie i trzymanie pod rączkę. Przepraszam, powiedziała. Może i chciałaby spróbować, ale to by nie wyszło. Nie ma sensu zaczynać czegoś, co nie wyjdzie. Są bowiem cechy, których nie jest w stanie zaakceptować. Jakie, zapytał. Ateizm. Ateizm, jego niewiara w Boga miałaby decydować? Gdyby był tym, czym chciałby być, na to słowo splunąłby jej w twarz. Ale szkoda pluć w taką twarz. Trudno, albo coś jest, albo tego nie ma.

I w tej właśnie chwili mijał ich dziadek z dzieckiem z zespołem Downa. Zatrzymali się na ich wysokości, a dziecko nagle wydobyło z siebie głośne i cuchnące pierdnięcie. Najlepszy komentarz do całej tej żałosnej sytuacji. Nie wybuchł śmiechem, by nie musieć tłumaczyć jej, dlaczego się śmieje. I tak by tego nie zrozumiała. Powiedział, że właściwie nie potrafi teraz znaleźć tematu zastępczego. No bo o czym mieliby rozmawiać? O pogodzie? O Stalinie? Trockim? Ona z pewnością gówno o nich wiedziała. Albo dwa gówna, ale o gównie za chwilę. Nagle pomyślał, że właściwie nie ma sensu dalej siedzieć na tej ławce. Powiedział odprowadzę Cię, co może wydało jej się zaskakujące. Jemu nie. Szkoda było tego czasu, na takie durne siedzenie i odgrzewanie wypowiedzianych już zdań.

Wstali, szli, zapytała, czy już się do niej nie uśmiechnie. Odpowiedział, że się uśmiecha, ale raczej do siebie. Dodała, że jej głupio. Odparł, że ludzie są tylko ludźmi. Wiedział, że już nigdy nie zasną obok siebie, że nigdy więcej jej nie dotknie, nie przytuli, nie pocałuje. I właściwie nie było to dla niego zbyt krzywdzące. Nie martw się, nic sobie nie zrobię. Odpowiedziała, że ma nadzieję, że nie, bo nie wie, co by mu wtedy zrobiła. Wtedy mogłabyś co najwyżej nasrać do mojej trumny, wybacz. Chwilę się wahał – nasrać czy naszczać? Wyobraził ją sobie, kucającą nad jego ciałem i stawiającą klocka na jego wyczyszczony garnitur. To było dość zabawne.

Mówiła, że nie chce stracić kontaktu, co było jego zdaniem dość naiwne. On nie potrzebuje przyjaciółki. Zresztą, ona i tak by się na taką nie nadawała. Nie czyta książek i nie lubi zwierząt. Kiepski materiał na przyjaciółkę i właściwie kiepski materiał na kobietę. Nie chciałabym stracić tego kontaktu, nie żałuję tego, co było, nie żałuję tego wyjazdu, mam nadzieję, że i Ty nie żałujesz. Powiedział, że niczego nie żałuje, jak to śpiewała kiedyś Edith Piaf. Pożegnali się. Pocałowała go w policzek i poszła. A on szedł i się uśmiechał. Tylko uśmiechał. Dwadzieścia dwie minuty, pomyślał, krócej niż się spodziewałem.

„Nagg: Posłuchaj jeszcze raz. (Głosem gawędziarza) Pewien Anglik
(przybiera wyraz twarzy Anglika, po czym wraca do swego normalnego
wyrazu twarzy
)- potrzebując na gwałt, na Nowy Rok, sztuczkowych spodni,
idzie do swego krawca. Krawiec bierze mu miarę (Głosem krawca) „W
porządku, zrobione, niech pan przyjdzie za cztery dni, będą
gotowe.” Dobra. Po czterech dniach. (Głosem krawca) Sorry, niech pan
przyjdzie za tydzień, tył mi nie wyszedł. Dobra, w porządku, tył – sprawa
nieprosta. Po tygodniu. (Głosem krawca) „Niezmiernie mi przykro, niech
pan przyjdzie za dziesięć dni, krok spaskudziłem.” Dobra, nie ma rady,
krok – rzecz delikatna. Po dziesięciu dniach (Głosem krawca) „Potwornie
mi przykro, niech pan przyjdzie za piętnaście dni, spieprzyłem rozporek.”
Dobra, ostatecznie, ładny rozporek musi leżeć. (Pauza. Głosem
normalnym
) Źle to opowiadam. (Pauza. Posępnie) Coraz gorzej opowiadam tę
historyjkę (Pauza. Głosem gawędziarza) No więc, krótko mówiąc,
nadchodzi kwietna Wielkanoc, a ten sknocił dziurki od guzików (Przybiera
wyraz twarzy klienta, następnie jego głosem
) Goddam, sir, nie,
doprawdy, to już nieprzyzwoite, to przekracza wszelkie granice! Bóg,
proszę pana, w sześć dni stworzył świat. Tak, mój panie, ni mniej, ni
więcej, świat! A pan, a pan przez trzy miesiące nie może się wygrzebać z
moimi spodniami (Głosem krawca, pełnym zgorszenia) Ależ Milordzie!
Milordzie! Niech pan spojrzy – (Gest pełen wzgardy, z niesmakiem)- na
ten świat… (Pauza) i niech pan spojrzy (Gest pełen upodobania, z
dumą
)- na te spodnie!” – Samuel Beckett, Końcówka

„- Kiedy tu byłeś ostatnio?
- Po maturze. Wtedy byłem tu tylko ja, moja dziewczyna i rybacy.
- Co za rybacy?
- Pamiętam, umówiliśmy się kiedyś u mnie. Mnie coś zatrzymało na mieście i zamiast czekać na nią, szedłem dopiero do domu. I zobaczyłem ją, jak idzie przede mną. Taka wysoka, wiotka z ciężką teczką, prosto ze szkoły. Szła do swojego faceta i nikt o tym nie wiedział, tylko ona. Była taka dumna i zadowolona. Szedłem za nią długi czas. Dziwne, że to pamiętam…
- Co się z nią stało?
- Znudziło ją. Wyjechała do innego miasta, zrozumiała, że może robić to z innymi. Potem wyjechała do Francji. Przepadła.” – Władysław Pasikowski, Reich

„Wszystko polega na tym, żeby człowiek był taki,
jaki jest, żeby nie wstydził się chcieć tego, czego chce i marzyć o tym,
o czym marzy. Ludzie są na ogół niewolnikami konwenansów. Ktoś im
powiedział, że powinni być tacy i tacy i starają się być takimi aż do
śmierci, nie wiedząc nawet, kim byli i są naprawdę. Nie są więc nikim i
niczym, postępują niejednoznacznie, niejasno, chaotycznie. Człowiek
przede wszystkim musi mieć odwagę być sobą.
” – Milan Kundera, Żart

„Budząc się już się cieszę, że w ciągu dnia będę mógł palić, a przy jedzeniu znów się na to cieszę, a nawet mogę powiedzieć, oczywiście z pewną przesadą – że jem tylko po to, aby później zapalić. Ale dzień bez tytoniu byłby dla mnie szczytem szarzyzny, byłby dniem zupełnie pustym i bez żadnego powabu, a gdybym musiał sobie rano powiedzieć: dzisiaj nie ma nic do palenia – sądzę, że nie znalazłbym wcale odwagi, żeby wstać, słowo daję, że zostałbym w łóżku.” – Thomas Mann, Czarodziejska góra

***

Wciąż pozostaję tylko fragmentem w wielu aspektach. Fragmentem czyjegoś życia, a nie całym życiem. Fragmentem wciąż opowiadanej historii, a nie historią samą w sobie. Fragmentem niedokończonej lub zwyczajnie nieodbytej rozmowy. Fragmentem układanki, niewielkim puzzlem z oderwanymi ramionami, który nie może się podpiąć do innego puzzla. Fragmentem kału wszechświata, który od zawsze miał na nas wszystkich wyjebane. Fragmentem czasu, fragmentem przestrzeni, fragmentem śmierci. Koniuszkiem kosy, stępionym od uderzeń w zimno milczący marmur człowieczeństwa. Czymkolwiek by ono nie było.

W dodatku jestem senny. Ot, przyporządkowana wartość o znaczeniu umownym, skonwencjonalizowanym. Senny, to znaczy ja. Ja, to znaczy Senny. Senny bezwonny, z klejącymi się do siebie powiekami. Taki dualizm górnej i dolnej powieki. Górna i dolna powieka, odwieczne strażniczki okna na Wszechrzecz i Wszechwidzialność, dotykające się co kilka sekund, przez całą nudną wieczność życia, tylko po to, żeby kiedyś, na zawsze się połączyć. Może właśnie tak ma być z ludźmi. Może miłość odgrywa się jedynie pod ziemią, w wilgotniejących stopniowo trumnach? I może dlatego noc służy do spania. Noc służy do spółkowania. Noc służy. I teraz wóz albo przewóz, dyszel albo hak, wszystko w naszych maleńkich dłoniach.

Dam powiekom pooddychać sobą.

idę krok po kroku za Tobą. jak człowiek-pies. samotny Don Juan, lubujący się w obsranych kiblach, gdzie może bez skrępowania zmywać z muszli klozetowej zaschnięte kawałki gówna, swobodnym i ciepłym strumieniem moczu. Ty o tym nie musisz wiedzieć lub nawet nie powinnaś, choć każdy mój włos staje przy Tobie na baczność. znowu odmieniam Cię przez przypadki, jak niedbale użyty wyraz, w tym czy innym kontekście. i zakłóca się etykieta, zakłóca się niewielkość, zwiewność i pyłek dmuchawca pośród świszczącego wiatru.

nauczyłem się kiedyś źle umiejscawiać samego siebie. w przełyku, płucach, dziurach zębów, w wilgotnych zagłębieniach pod pachą. ten ja, człowiek-pies, krok po kroku za Tobą. bo może nigdy nie miałaś być niewydarzoną kamienną drogą? nierzuconą kością do gry?

***

Wróciłem z Lwowa. Po dwunastu godzinach stania na granicy i półtorej godziny snu, czuję się dość specyficznie. Nie żebym miał umysł światły i rozwiązywał kostkę Rubika w kilkanaście sekund. Zwyczajnie, coś się we mnie odbywa. Coś, co być może odbywać się nie powinno. Może pójdę dziś obejrzeć mieszkanie. To dwunastu przed chwilą napisałem przez ó. Robienie błędów w wyrazach z rz i ż przydarza mi się często, w wyniku pośpiechu, głównie podczas pisania na komputerze. Mieszanie ó i u dopiero ostatnio, przy tej samie grupie liczebników. Kwestia niewyspania czy ogłupienia komputerowego? Właściwie nieważne. Prawdopodobnie boli mnie brzuch. Prawdopodobnie zaraz pójdę do kibla. Prawdopodobnie jestem w pracy. Prawdopodobnie jestem. Wszystko tylko imituje prawdę. Upodabnia się, jednocześnie pozostając tak różnym.

Wróciłem z kibla. Nie czuję się przez to ani głupszy, ani mądrzejszy. Znowu wszystko powinienem skwitować mało ambitnym kurwa mać.

ona go trochę zepsuła. on ją trochę zepsuł. oboje zepsuli się nawzajem. trochę. jak dwie bezużyteczne zabawki, zamknięte w tekturowym pudle na strychu. w tej walce o uwagę świata, który dawno już o nich zapomniał. o spojrzenie marudnego, niedokarmionego dziecka, kulejącego na jedną nogę.

on, gdyby mógł, byłby przecinkiem, bo nigdy nie potrafił być kropką, a średniki, za V., uważał za głupi wymysł, który niczego nie wnosi. a przynajmniej chciałby uważać, cokolwiek. przecinki, gdyby miały ramiona, byłyby lepsze od niej, pulsujące od stóp po głowę, całkowicie, nadające rytm całemu Kołowrotkowi, ze swoją seksowną powtarzalnością, z ideą wiecznego powrotu.

jej zaś, co nie jest przesadnie dziwne, od zawsze perfekcyjnie wychodziło bycie kropką. połóż się. wstań. połóż się. wstań. połóż się. dotnij. zjedz. zrób. wymawiane bezwykrzyknikowo, bo wykrzyknikiem można było zrobić sobie krzywdę.

i ona teraz stoi, niezmiennie w tym samym miejscu, gdzie on się skończył i nie potrafi zacząć się od nowa. jest śrubą z uszkodzonym gwintem, której nikt nigdy nie wkręci w jakikolwiek kręgosłup.


  • RSS