Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 9.2010

Adte

6 komentarzy

Przyjdź. Poczytam Ci książkę. Nie, nie, sam wybiorę. Położę Cię na łóżku, powoli zdejmę z Ciebie ubranie, a w Twoich rzeczach odnajdę tę zwiewną koszulkę nocną, którą tak lubisz. Którą tak lubię. Przymknę okno, żebyś się nie przeziębiła. Okryję Cię polarowym kocem, całą, po same lśniące oczy. W Twoim ciele pływają krople wina, Twoja skóra jest ciepła i gładka, a delikatne włoski rozsiane tu i ówdzie nieśmiało się unoszą na znak odczuwanego chłodu. Otul się, schowaj, chwytaj ciepło tak, jak chwytasz każdy oddech.

Teraz zamknij oczy, zgaszę górne światło, zapalę nocną lampkę. Dziś już nigdzie nie idziesz, a ja myślę w końcu. Palcami przeczesuję Ci włosy, wciąż lekko wilgotne. Wędruję po Twoim czole, po powiekach, policzkach, ustach, zupełnie jakbym był niewidomy. A chciałbym po prostu widzieć Cię każdym narządem zmysłów. Widzieć Twój smak, Twój zapach, jak gdyby wokół unosiły się jego srebrzyste drobinki. I zamknąć oczy, kiedy mówisz, aby słowa osiadły mi na powiekach i wsiąkły we mnie, poprzez miękką zielonkawą tęczówkę.

Kiedy tak Cię dotykam, zupełnie zapominam, że miałem Ci poczytać. Kundera? Llosa? Tokarczuk? Marquez? Nabokov? Vonnegut? Nie, Vonnegut nie pasuje do tej nocy. Niezupełnie pasuje do Ciebie. Zabieram rękę. Siedzę chwilę nieruchomo, powstrzymując lekko przyspieszony oddech. Jeśli zasnęłaś, nie chcę Cię budzić. Położę się obok, na podłodze, żeby nie wybić Cię ze snu, gdy będę pakował swoje niezgrabne ciało do mojego skrzypiącego łóżka. Obiegam wzrokiem półkę z książkami.

Nie otwierasz oczu. Możliwe, że nawet nie oddychasz, gdyż polarowy koc tkwi w bezruchu, a w powietrzu, mimo zamkniętego wcześniej okna, wyczuwam zapach wawrzynu. Gaszę lampkę. Podłoga jest chłodna i twarda. Chciałbym dotknąć Twojej dłoni, lecz obawiam się zgubić w labiryncie ciemności. Zasypiam na plecach, co nie zdarza mi się zbyt często. Za oknem jest cicho, nie słychać wiatru. Nie słychać niczego. I nawet to nic jest coraz cichsze.

Cyt.

***

Trzysta sześćdziesiąt pięć dni, trzysta sześćdziesiąt pięć pragnień, jedno pragnienie, trzysta sześćdziesiąt pięć nocy, osiem tysięcy siedemset sześćdziesiąt godzin i każdy dzień, każda noc, każda godzina, każde pragnienie, jedno pragnienie, potrzeba, marzenie, urojenie, senna mara, sen, baśń, kończy się cyt, jak wypalona świeca z wyżłobionym złowrogim słowem Rzeczywistość.

podobno są przestrzenie między nami
urojone, ujarane me kochanie*

On sobie uroił. Wszystko po kolei, nawet swoje ujaranie, swoje pokłony, oddanie, ssanie palców u stóp. Już dawno nie bolał go język. Już dawno nie. Nie brzmi dźwięczniej niż tak, może dlatego tak świdruje w uszach, w całej głowie, stale odbija się od jej ścian.

On też jest gnojem, co nie może się doczekać. Jego rzeczywistością steruje pamięć. Jego słowami steruje nieświadomy ruch, mgnienie oka zetkniętego z chłodną kroplą jesiennego deszczu.

Mówi: Tetmajer, Wojaczek dotykający deszczu. Stachura zostawiający ostatni listek. Bursa umierający na serce na skutek wrodzonej niewydolności aorty. Tetmajer znaleziony martwy na jakiejś warszawskiej ulicy, zimą 1940 roku. Wojaczek umierający w wyniku przedawkowania, bo z gazem, wieżowcem, żyłami, niestety się nie udało. Baudelaire, któremu we znaki dały się choroby weneryczne i nawet kojący Wagner mu nie pomógł. Przeżywam. Ja mówię. On mówi. Ktoś mówi, nie do końca ja, niezupełnie ktoś, ale próbuję.

Rzeczywistość się zakrzywia, świat się dekomponuje. Deszcz pada tylko z góry. I pieką go popękane usta.

Mówi: Stachura powieszony, bo PKP dba o życie i zdrowie pasażerów, nawet tych próbujących jeszcze szybciej dostać się donikąd. Bo gdzieś, przypuszczalnie, istnieje jakieś nikąd, jakieś pachnące świeżym pieczywem nigdzie. Niebo dla samobójców, panie Neruda.

On sobie uroił. Obrazy, świat, deszcz, usta, swoje i nieswoje. Uzupełnił zbyt wiele luk i miejsc niedopowiedzenia. Skonkretyzował samego siebie, szukając dotyków estetycznych i drgnięć powieki. I nigdy nie pytał po co. I zawsze pytał po co.

Mówi: Ta przestrzeń, liczba, stała zmienna, niezmiennie stała, nieprzyjemna i cicha. I nie przemierzy jej żaden tramwaj.

widzi pan, kury potopione,
psy powieszone na własnych łańcuchach
koty obdarte ze skóry
paznokcie wbite w plecy
słona ślina, chłodna ziemia

świat wcale nie jest tak mocno skomplikowany.

* Tworzywo Sztuczne – Tramwaj

i wtedy pomyślałem, że nie żyjesz.

Siedzieli w niewielkiej kawiarni na rogu dwóch pustych ulic. Po dłuższej chwili milczenia Taka zapytała – Ty sam? (Starała się nie używać czasowników, żeby pełniej wyrazić swoją inercję) Sam – odpowiedział – Z wyboru. Nie potrzebuję kobiety. Nocą zamykam oczy, śnię erotyczne, mocno wulgarne sny, dziwnie realistyczne. To wystarczy. A w ciągu dnia, w domu, w pracy, gdziekolwiek, jeśli potrzebuję, wiesz, Renia Rączkiewicz. Taka alternatywna definicja onanizmu: swoboda od tępych suk. Zobaczyłem to na jakiejś rosyjskiej stronie i wydało mi się prawdziwe. Tego się trzymam.Nie wszystkie kobiety złe. – powiedziała Taka. – Nie, być może nie wszystkie. Ale generalizacja zawsze w jakiś sposób mnie podniecała.

ale żyłaś, po prostu nie i nie
a potem spadł deszcz

- Ból w tobie? W środku? Powiedział sam nie wiem, czy to rzeczywisty rodzaj cierpienia, czy urojony. Tyle to trwa, że przestałem odróżniać. Taka zamyśliła się chwilę. Próbował odgadnąć, czy kiedy myśli, wypowiada czasowniki, czy może nawet w swojej głowie układa te dziwaczne konstrukcje. Nie zapytał o to. Nie zapytał o nic.

a ja liczyłem na to, że jednak

- Ona zła. – Taka popatrzyła przez okno. Siąpił delikatny październikowy deszcz. Dla Takiej czas nie liczył się tak mocno jak dla W. On liczył miesiące, by kiedyś zacząć liczyć lata. Jej ostatnie słowa odbijały się echem w jego głowie. Zła zła zła zła zła zła.Zła. – powtórzył – Jeśli nie mówisz o sobie, nie musisz unikać czasowników – wypalił w końcu – Przecież pragniesz podkreślić tylko swoją stagnację, innych to nie dotyczy. To niewygodne, nie uważasz? Taka nie odpowiedziała. Widać trudno by jej było powiedzieć to, co chciała powiedzieć, bez użycia tej najbardziej żywiołowej części mowy. Milczała. Milczeli.

ale liczyć umiem tylko do jednego
przynajmniej powinienem umieć
ja ja ja
matematyczny egoizm.

Deszcz przestał padać. Dopili herbatę. Taka wstała, uśmiechnęła się nieznacznie. Wytarła spocone dłonie w swoje podarte dżinsy. W. w jakiś sposób wpłynął na jej system leksykalny. Nadal dominowały w nim zaimki i paralingwizmy, jednak pojawiło się też kilka rzeczowników i niemało przymiotników. Świat nie wydawał się przez to prostszy, przeciwnie. Były z tym same problemy – krzesło, że czerwone, obrus biały, podłoga gładka, język G. zimny i kleisty.

jeden
i w tym jest wszystko

Niemal zupełnie zapomniała już o G. Jakby nawet ten język w słoiku z formaliną już dłużej do niego nie należał. Wyrzuciła wszystkie wypisane długopisy.

Taka wstała, uśmiechnęła się nieznacznie.
Rzuciła na stół dziesięciozłotowy banknot.
Wyszła.

W. siedział jeszcze kilkanaście minut, w ciszy, w samotności. Ona zła, dźwięczało mu głowie. Być może w to też chciałby uwierzyć. Wrzucić do jednego worka Ją, zgeneralizować, a przez to zapomnieć. Swoboda od tępych suk, swoboda od tępych suk, swoboda od tępych suk, powtarzał jak mantrę, choć sam w to nie wierzył.


  • RSS