Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy z okresu: 11.2010

O kapaniu

11 komentarzy
Nawet pomimo parasola mi kapiesz. Ur ur, chrzęścisz o druty,
na których własnoręcznie mnie zrobiłaś, zostawiając mnóstwo niedoróbek,
dziur i krzywizn. Kapiesz mi, że nocą moczę się bez ciebie we frotowe
prześcieradło. Wstaję i drepczę po cichu, zapalam światło, parkiet razi w
oczy. Gram na własnych żebrach etiudę i śpiewam do całkiem innej melodii, że one
wszystkie są na miejscu, że nigdy, nigdzie, przenigdzie, w żadnym
słoiku, szafce, skrzynce z przetworami, całkowicie być ciebie nie mogło.

-icznie

Brak komentarzy

i na cóż ci było to lizanie fiuta, zapamiętale jak rasowa kurwa z wieloletnim doświadczeniem? siądź na mnie kabaretkami, pokabaretkuj mnie tu i tam, po udach, łydkach, jajach, brzuchu. na półce stoi książka. otwórz ją na tej i tej stronie, pionowo ustaw kartkę i pokalecz mnie trochę, robiąc delikatne nacięcia wzdłuż przedramion. może nie wiesz, ale rozsadzasz mi czaszkę, pukasz w potylicę i w potylicę tłuką mi się twoje pukania i płukania i wypluwania, gdy nie w tę dziurkę poleci ci sperma kogoś, kim nie byłem, nie jestem, nie będę.

chyba za tobą tęsknię. za odkręconą wodą pod prysznicem, za świadomością że wgłębiasz mój materac nieco bardziej. ręczniki wyschły, drobiny kurzu odleciały lub zostały wytarte metrową, wyjałowioną gazą. w uszach świszczą koguty, tańczą tramwajowe mijanki, stukają koła o świeżo wyremontowane tory. czerwone światło, wydłubane zielone oko, nadziane na patyczek po lizaku Chupa Chups (logo zaprojektowane przez zmarłego ponad dwadzieścia lat temu Salvadora Dali). w tym tkwi sedno. na ścianie, na podłodze, za drzwiami, za oknem, w popielniczce pełnej wypalonych ubiegłej nocy papierosów.

Wielkimi literami napisany wyraz REASEKURACJA, kody to tu, to tam, transakcje, obrazki, pinezki, wyliczanki, zdjęcia, plakaty, Audrey, Audrey, Audrey, a Ty wiesz dlaczego? Ty wiesz, dlaczego. (Ja też wiem, zawsze wiedziałem, zawsze byłaś, obiektywy, przejściówki, Roland Barthes, światła, cienie, ciemności, blendy, całe to skurwienie zapamiętanego, jedynego w swoim rodzaju, niepowtarzalnego obrazu. wydłubanie oczu w niczym nie pomogło. w mózgu tkwi ich druga para i się bezsensownie przeszłościują, bez gumki, płodzą coraz to nowsze dzieci, od razu oddając je do domu dziecka.

klamry nie będzie, moja kajdano, kajdanie, kajdana, i to podniecenie gdy z plurale tantum robię liczbę pojedynczą. jesteś gdzieś w tym deszczu, czy i w nim cię nie ma. stoisz czy siedzisz? leżysz, śpisz, umierasz, boli cię tu lub tam? pojednaj, pojedynkuj, pokabaretkuj mnie trochę, bo ta szorstkość była gładka, bo ta wilgoć była sucha, bo ta suchość, wilgotna i tak bez końca bez końca bez końc bez koń bez ko bez k bez be b no i chuj.

gdzie teraz jest to wczoraj, które kochało twoje rozstępy? gdzie teraz jest teraz,
które miało być zawsze sobą i nigdy się nie bać, że zostanie wyśmiane?
gdzie jest ten wierzch bułki, przeżuty, wielokrotnie przytulony
szorstkim językiem? gdzie jest zamarznięta kałuża, której nie można było
przenieść na pokład autobusu, który nigdy nie przyjechał? tak wyszło,
że pozamykaliśmy się w drobnych szczegółach i siedzimy tam do tej pory.
tylko kto to jest my? chyba nie znam.


  • RSS