leżymy nadzy obok siebie, wędrując po sobie każdym wydychanym płomykiem powietrza. trzymam Cię za dłoń, by nie zgubić się w labiryntach Twoich włosów i szorstkie opuszki sunące bez przeszkód po nasłonecznionej łące Twoich ciał i atomów, jonów dodatnich, wysrebrzonych w ciemniejąco-jasnej poświacie przytulnego wnętrza Twojego domu. Dodryfowałem do Ciebie, do mojej wyspy szczęśliwej i dłużej nie muszę wyciągać baterii ze wszystkich spotkanych po drodze zegarów.