Świat, jak się okazuje, jak Ty mi nieustannie próbujesz wmówić, zapisany jest w liczbach. Jak taki wszędobylski Matrix, jaskrawo zielone litery na boleśnie czarnym tle i od brzegu do brzegu niebieskie i czerwone pigułki, które każdy na zmianę łapczywie i w bezdechu połyka. Napisałaś mi ostatnio, że nie wiesz dlaczego, ale w Twoim odczuciu jestem liczbą osiemnaście. Bezsprzecznie nie jest to liczba pierwsza, nawiązując do książki, którą kończę czytać (teraz, gdy za minutę wybije północ i moje na wpół przytomne oczy i pozostałe zmysły rozdziewiczą ósmy lipca dwa tysiące jedenastego roku – to mój urojony ideał świata, liczby zapisane słowami, coś, co godzi ścisłość z wybujałym humanizmem; niektórzy mogliby to uznać za zboczenie, więc dla potrzeb chwili mogę być zboczony, delikatnie, jak opuszka palca muskająca brzeg kartki papieru z uwagi na niechęć skaleczenia, ale do rzeczy…) i która dość mi się podoba, nie licząc imion, choć do imienia Alicja mam jakiś sentyment, a wszystko przez niesławnego matematyka, a dość sławnego pisarza, Lewisa Carrolla, który podobno miał skłonności pedofilskie, ale ciągle pobrzmiewa mi echem nawiasowa obietnica delikatności zboczeń.

Poza tym nie przepadam za Włochami. Nie ja wymyśliłem, dlaczego jestem osiemnastką, podobnie jak nie zrobiłaś tego Ty. Powiedziałaś, że osiemnaście to w sumie dziewięć i z jednej strony tak właśnie jest. A z drugiej, suma dwóch dziewiątek, jak dotąd zagubionych, stanowi właśnie mnie. Bo widzisz, widzisz i wiesz, to pewne, że ja dopiero od pewnego czasu stałem się jakąś całością. Całe swoje życie szukałem dziewiątki, takiej mojej, takiej, którą mógłbym chwycić za rękę i wiedzieć, że to jest moje miejsce. Numerowałem ludzi, jakbym był zarządcą obozu koncentracyjnego, liczyłem ich, niczym schody, pamiętasz, a jak nie, poszukaj w lutym dwa tysiące dziewiątego roku. Mój wspomniany już wybujały umysł humanistyczny często mylił się w liczeniu, bo potrzebowałem kilku cyfr więcej, dodawanych do siebie, począwszy od siedemnastego stycznia osiemdziesiątego szóstego aż do dziś, chłodnego lipcowego dziś. I teraz mam tych kilka cyfr więcej, w sumie siedem, jeszcze przez kilka miesięcy, a potem osiem i dziewięć (!) i nade wszystko marzę, żeby najpóźniej wtedy nie było już odwrotu, którego i tak nie chcę. Ktoś mi jakiś czas temu powiedział, że dziewiątka odegra w moim życiu jeszcze jedną rolę, o której nie wiem. Było to jesienią. Nawet trochę o tym zapomniałem. I nagle na kostkach do gry wypadła ta upragniona liczba i stało się coś, o czym przestałem myśleć albo o czym chciałem przestać myśleć. I spójrz, nie ma dwóch liczb pierwszych, jak Ty i K., jest jedna liczba, nieprzedzielona żadną inną i właściwie tu ten nieograniczony zbiór mógłby się skończyć, co wiele by ułatwiło, na przykład paradoks stosunku liczb naturalnych do rzeczywistych, bo o urojonych nigdy nie miałem pojęcia i tylko wyobrażałem je sobie, lewitujące u sufitu sali lekcyjnej, gdzieś w okolicach późnej podstawówki.

Teraz mam przy sobie swoją Dziewiątkę, która te zbiory wyczerpuje. I spójrz znowu, w to odległe miejsce, gdzie się skończyłem i długo nie potrafiłem zacząć się od nowa i jak teraz w deszczu kolejnych dni chodzę boso po zakurzonej podłodze i uśmiecham się, i zasypiam (tak, tu już można przecinkować), i mam orbitę, a Pluton, dziewiąta planeta, która nagle przestała nią być, tak daleka Słońcu, w moim odczuciu znowu jest planetą. Taką, na której mieszkam. Ja i Ktoś (i te łzy wzruszenia, które pozwalają mi zapisywać zaimki wielkimi literami), kto tak zupełnie nagle stworzył mnie osiemnastką, do której nie chcę już nic dodawać ani niczego odejmować.