Odkąd kupiłem garnek na Zupę, blog wydaje mi się kompletnie niepotrzebny. Przychodzą ludzie, kiedy coś się dzieje. Kiedy ktoś coś pisze. Jeśli nie, zapominają, najpierw odwiedzają raz na kilka dni, potem tygodni, w końcu miesięcy, aby po jakimś czasie zupełnie zapomnieć. I właściwie z tego głównie składa się zapominanie. Z rosnącej w siłę sporadyczności.

Odkąd gotuję Zupę, blog ostygł i spleśniał. Przyprawiam dowolnie, trochę pieprzu, trochę pieprzenia, kabaretek, pończoch, przykrego humoru, pikantnych i łagodnych cytatów. Zupa, sądzę, mocniej mnie wyraża. Emocjonalnie. Muzycznie. Estetycznie. Jakkolwiek.

Co musiałoby się zdarzyć? Śmierć. Zmartwychwstanie. A może po prostu kategoryzacja. Może powinienem spróbować odpowiedzieć na pytanie, czym jest lub czym był mój blog? Dla mnie. Dla ludzi. Co do niego pasuje, a co jest kompletnie niprzypiąłniprzyłatał? Zupa nie zna takich zapytań. Po prostu jest. Jak papier. Charta non erubescit.

Jest coś jeszcze. Ukryte pod maską enigmatycznego alter ego, jak Nikt dla Stachury, jak Kilgore Trout dla Vonneguta, jak Dracula dla Beli Lugosi’ego, jak Henry Chinaski dla Bukowskiego i tak dalej. Ktoś równie niestworzony jak całe historie. Jak osamotniony kursor na końcu wersu.