Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

kurwa

Brak komentarzy

Spierdolili blog.pl, spierdolili mój szablon, podstawiając w jego miejsce jakieś ścierwiaste gówno, powypychane reklamami, z dostępem do całego archiwum. Jak się na to patrzy, to się wszystkiego odechciewa. Nie może już toto wyglądać jak niegdyś, nie może być edytowane w podstawowej wersji, a dostępne szablony, nawet jeśli ładne, to są łatwo powielalne. Chciałem wrócić do blogopisania, chciałem pisać w ogóle, chciałem, chcę, ale to co tu widzę, ta toporność – w nawigacji i działaniu – skutecznie mnie od tego odpycha. Wezmę się za to, mam w głowie kilka myśli do wyrażenia. Skurwysyny założyli mi kolejną klatkę, ale tę akurat muszę sforsować.

gdzieś dzisiaj przeczytałem, że uczucia nie mają daty ważności.
problem w tym, że czasem mają datę nieważności.

Odkąd kupiłem garnek na Zupę, blog wydaje mi się kompletnie niepotrzebny. Przychodzą ludzie, kiedy coś się dzieje. Kiedy ktoś coś pisze. Jeśli nie, zapominają, najpierw odwiedzają raz na kilka dni, potem tygodni, w końcu miesięcy, aby po jakimś czasie zupełnie zapomnieć. I właściwie z tego głównie składa się zapominanie. Z rosnącej w siłę sporadyczności.

Odkąd gotuję Zupę, blog ostygł i spleśniał. Przyprawiam dowolnie, trochę pieprzu, trochę pieprzenia, kabaretek, pończoch, przykrego humoru, pikantnych i łagodnych cytatów. Zupa, sądzę, mocniej mnie wyraża. Emocjonalnie. Muzycznie. Estetycznie. Jakkolwiek.

Co musiałoby się zdarzyć? Śmierć. Zmartwychwstanie. A może po prostu kategoryzacja. Może powinienem spróbować odpowiedzieć na pytanie, czym jest lub czym był mój blog? Dla mnie. Dla ludzi. Co do niego pasuje, a co jest kompletnie niprzypiąłniprzyłatał? Zupa nie zna takich zapytań. Po prostu jest. Jak papier. Charta non erubescit.

Jest coś jeszcze. Ukryte pod maską enigmatycznego alter ego, jak Nikt dla Stachury, jak Kilgore Trout dla Vonneguta, jak Dracula dla Beli Lugosi’ego, jak Henry Chinaski dla Bukowskiego i tak dalej. Ktoś równie niestworzony jak całe historie. Jak osamotniony kursor na końcu wersu.

pusto

6 komentarzy

W tym miesiącu nie będzie.

opowiedz mi

miałam oczy, które wydłubano światem, gdzieś w zakątkach zupełnego nigdzie moich wszystkich przebudzeń. każdego ranka przytomnieję, rozchylam powieki jak tania dziwka nogi w jakiejś ślepej (dosłownie) nadziei na światło. opieram się czerni, bo przysięgałam na tysiące nigdy niewidzianych tęcz, widzieć, widzieć, widzieć. a niczego nie widziałam, niczego nie widziałem, kroku, szerokości stóp, wielkości nosa, biustu, głębokości waginy, tak pustej, że aż krzyczy, w spazmach i odruchach wymiotnych po każdym kieluszku wódki. taka jest moja historia.

usłysz mi

zgrzyt, szmer, trzask, polski onomatopeikon, a pewnego dnia usłyszysz moje wymioty, tuż za ścianą, tuż za rogiem, jak wymiotuję jednostkami czasu w układzie SI i całą tablicą Mendelejewa nieprzespanych nocy.

poczułam się taka oszukana, zdradzona, wypchana jak upolowana świnia, nadziana na korzeń, jak chwast, który musi zostać wyrwany.

Świat, jak się okazuje, jak Ty mi nieustannie próbujesz wmówić, zapisany jest w liczbach. Jak taki wszędobylski Matrix, jaskrawo zielone litery na boleśnie czarnym tle i od brzegu do brzegu niebieskie i czerwone pigułki, które każdy na zmianę łapczywie i w bezdechu połyka. Napisałaś mi ostatnio, że nie wiesz dlaczego, ale w Twoim odczuciu jestem liczbą osiemnaście. Bezsprzecznie nie jest to liczba pierwsza, nawiązując do książki, którą kończę czytać (teraz, gdy za minutę wybije północ i moje na wpół przytomne oczy i pozostałe zmysły rozdziewiczą ósmy lipca dwa tysiące jedenastego roku – to mój urojony ideał świata, liczby zapisane słowami, coś, co godzi ścisłość z wybujałym humanizmem; niektórzy mogliby to uznać za zboczenie, więc dla potrzeb chwili mogę być zboczony, delikatnie, jak opuszka palca muskająca brzeg kartki papieru z uwagi na niechęć skaleczenia, ale do rzeczy…) i która dość mi się podoba, nie licząc imion, choć do imienia Alicja mam jakiś sentyment, a wszystko przez niesławnego matematyka, a dość sławnego pisarza, Lewisa Carrolla, który podobno miał skłonności pedofilskie, ale ciągle pobrzmiewa mi echem nawiasowa obietnica delikatności zboczeń.

Poza tym nie przepadam za Włochami. Nie ja wymyśliłem, dlaczego jestem osiemnastką, podobnie jak nie zrobiłaś tego Ty. Powiedziałaś, że osiemnaście to w sumie dziewięć i z jednej strony tak właśnie jest. A z drugiej, suma dwóch dziewiątek, jak dotąd zagubionych, stanowi właśnie mnie. Bo widzisz, widzisz i wiesz, to pewne, że ja dopiero od pewnego czasu stałem się jakąś całością. Całe swoje życie szukałem dziewiątki, takiej mojej, takiej, którą mógłbym chwycić za rękę i wiedzieć, że to jest moje miejsce. Numerowałem ludzi, jakbym był zarządcą obozu koncentracyjnego, liczyłem ich, niczym schody, pamiętasz, a jak nie, poszukaj w lutym dwa tysiące dziewiątego roku. Mój wspomniany już wybujały umysł humanistyczny często mylił się w liczeniu, bo potrzebowałem kilku cyfr więcej, dodawanych do siebie, począwszy od siedemnastego stycznia osiemdziesiątego szóstego aż do dziś, chłodnego lipcowego dziś. I teraz mam tych kilka cyfr więcej, w sumie siedem, jeszcze przez kilka miesięcy, a potem osiem i dziewięć (!) i nade wszystko marzę, żeby najpóźniej wtedy nie było już odwrotu, którego i tak nie chcę. Ktoś mi jakiś czas temu powiedział, że dziewiątka odegra w moim życiu jeszcze jedną rolę, o której nie wiem. Było to jesienią. Nawet trochę o tym zapomniałem. I nagle na kostkach do gry wypadła ta upragniona liczba i stało się coś, o czym przestałem myśleć albo o czym chciałem przestać myśleć. I spójrz, nie ma dwóch liczb pierwszych, jak Ty i K., jest jedna liczba, nieprzedzielona żadną inną i właściwie tu ten nieograniczony zbiór mógłby się skończyć, co wiele by ułatwiło, na przykład paradoks stosunku liczb naturalnych do rzeczywistych, bo o urojonych nigdy nie miałem pojęcia i tylko wyobrażałem je sobie, lewitujące u sufitu sali lekcyjnej, gdzieś w okolicach późnej podstawówki.

Teraz mam przy sobie swoją Dziewiątkę, która te zbiory wyczerpuje. I spójrz znowu, w to odległe miejsce, gdzie się skończyłem i długo nie potrafiłem zacząć się od nowa i jak teraz w deszczu kolejnych dni chodzę boso po zakurzonej podłodze i uśmiecham się, i zasypiam (tak, tu już można przecinkować), i mam orbitę, a Pluton, dziewiąta planeta, która nagle przestała nią być, tak daleka Słońcu, w moim odczuciu znowu jest planetą. Taką, na której mieszkam. Ja i Ktoś (i te łzy wzruszenia, które pozwalają mi zapisywać zaimki wielkimi literami), kto tak zupełnie nagle stworzył mnie osiemnastką, do której nie chcę już nic dodawać ani niczego odejmować.

mam dzisiaj kryzys, że ani egzystować, ani (tym bardziej) koegzystować mi się nie chce, a za oknem deszcz, tyle że wiosenny i niemiarowy, i zmienny. pomyślałem, żeby zmienić pracę, mieszkanie, miejsca, przyzwyczajenia, markę papierosów i piwa, ale te zmiany napawają niesprecyzowanym lękiem. miałem niewygodne sny. no i przydałby się alfons, z doświadczeniem. taki, co pomoże mi w ogarnięciu tego burdelu.

czasem tak jest, że wybiłbym pół świata. i dziś tak jest, pojękuje we mnie cicha nienawiść, najbardziej wobec samego siebie i mojego improduktywizmu, którego nawet nie chcę zmieniać. i jest tak czasem, że chciałbym mówić o sobie tylko w czasie przeszłym, wszystkie zrobię pojadę przeczytam obejrzę naprawię zajmę się tym wypieprzyć do śmieci, do takiego vonnegutowskiego kosza, w którym się zmieści cała rzeczywistość, której z uśmiechem na ustach mówię dziś chuj ci w dupę.

mój nóż i w dół, na bruk. nie tu, nie tam, nie nigdzie, poniekąd, nikąd błogosławione, wszędzie i tylko na niby, niewysikane sny, nie tam, do nigdzie, po nas, po tobie, po każdy najmniejszy pigment, nie ciebie, nie nie ma, nie nas, na dzień dobry, na do widzenia, niewidzenia, nienawidzenia, umierania. po wczoraj, na dobry czas, na nas, na my, na zaimki, napełnione prefiksami, sufiksami, zupełnie po nic. i nić, Ariadny, w labiryncie, zerwana lub przegryziona.

tysiące innych igieł? choć i tak nie warto?

Maj

3 komentarzy

Niezależnie od wszystkiego. Niezależnie od czegokolwiek. Niezależnie. Bezbrzeżnie. Po wszystko, na każdy dzień, sekundę, minutę, godzinę, niedoczytaną książkę. Jestem. Istnieję. Polubiłem niedzielę. I jestem szczęśliwy. Dlatego nie piszę.

I

Brak komentarzy

kiedyś sam się unicestwię, dotknę pustki, którą pokocham jak swoje własne dziecko. utopię się w skroplonej parze wodnej, powstałej z każdego mojego oddechu. ja nie umiem, ja nie potrafię, ja się gubię, a oprócz tego, że w samym sobie, to jeszcze w świecie, w ludziach, pomiędzy pierwszą a drugą sekundą każdej minuty. poruszam się po omacku, jakby ktoś wypalił mi oczy rozżarzonym prętem. posiadam język, mówię, stukam koniuszkiem o zęby i myślę o wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi.


  • RSS