Nie lubię krupniku.

Weźcie idźcie w chuj z tym Wordpressem.

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

AdTeA

1 komentarz

leżymy nadzy obok siebie, wędrując po sobie każdym wydychanym płomykiem powietrza. trzymam Cię za dłoń, by nie zgubić się w labiryntach Twoich włosów i szorstkie opuszki sunące bez przeszkód po nasłonecznionej łące Twoich ciał i atomów, jonów dodatnich, wysrebrzonych w ciemniejąco-jasnej poświacie przytulnego wnętrza Twojego domu. Dodryfowałem do Ciebie, do mojej wyspy szczęśliwej i dłużej nie muszę wyciągać baterii ze wszystkich spotkanych po drodze zegarów.

nie umiesz mi być ani naprawdę, ani nigdy i wcale, aż do rzygania nie umiesz i nie pozbywasz się mnie jak zmarniałego jajeczka, z każdą kolejną menstruacją, sztuk jeden, jak do tej pory, choć (…) sinusoida suicydium i niewyskakiwanie z bolących okien, jakbym wyskakiwał dla ciebie i spadał dojebanegonikąd. kim jesteś, pytaj, poruszaj ustami, kiedy cię całuję, odgryź mi wargi, które nie chcą dotykać żadnej innej skóry, językiem śledząc każdy napotkany pieprzyk.

*

3 komentarzy

miliony papierosów po drodze spaliłem i ciągle było mi mało. ten dym miał zabić, miał zdeptać. tańczył przede mną, jak wprawna striptizerka, mówiąc smakuj, ale nie dotykaj. przeplatał się między palcami, wciąż będąc nieobecny. znowu wstaję z łóżka, z parapetu biorę popielniczkę i każdego ranka odpalam kolejny, bo bez tego wszystko wydaje się puste. ja, tak pusty, że można by we mnie wybudować całe centrum handlowe, napełniam się dymem, jakbym zachodził w ciążę. drobiny substancji smolistych ścigają się jak głupie do centralnego układu nerwowego, bym mógł urodzić niechciane dzieci, myśli.

ciągle podskakuję z rękami wyciągniętymi ku górze, próbując pochwycić parę wodną, wydostającą się z blaszanego czajnika i tulącą się do chłodnego sufitu. sam chciałbym być taką parą wodą, mętną, bojaźliwą.

i skroplić się w tobie.

ślamazarzące się po oblodzonym bruku pary w różnym wieku i one wszystkie z badylkami róż, pojedynczymi na ogół, jakby ktoś czyścił odbyt mamutowi. knajpy pozajmowane, wszystko wypite, zjedzone, by później to wyszczać i wysrać razem z pobudką nowego, zwyczajnego dnia. mamy tak zwaną kalendarzową miłość, gdy nagle niektórzy przypominają sobie, że z kimś są i że należy dać temu wyraz. bo na co dzień to nudne i pewnie kosztowne. fakt, nie kupuję nigdy pojedynczych kwiatów. chyba że orchidee, przyozdobione i dla starszych pań, bo one dziwnym trafem bardzo je lubią. skąd wiedziałeś, że lubię storczyki? wiedziałem, bo niewiele osób ich nie lubi, choć mnie przypominają kobiece narządy rodne, które sam notabene lubię.

i przyznam szczerze, chciało mi się rzygać i jeszcze trafiliśmy do blixenowskiej prozy, żegnać się z Afryką, której nigdy na oczy nie widziałem i wspominając wczorajszy wieczór w tym przyjemnym, acz obdarzonym mizerną i niezbyt atrakcyjną obsługą, lokalu, wcale tego nie żałuję. czekolada Tuwima, słodko-gorzka z lekko pikantnym posmakiem i bitą śmietaną na wierzchu. więcej tam nie pójdę, bo być może chuda, krótko ostrzyżona pani pluje do kawy.

ale potem było już o wiele lepiej, mimo mrozu.

Inaczej

1 komentarz

W tym roku dziwnym trafem nie trafiłem na zbieraczy, wydelegowanych przez Jurka Owsiaka i drużynę do gromadzenia środków na zakup takiego i takiego sprzętu. Tym samym nie wsparłem akcji WOŚP, nie dostałem czerwonego serduszka i wcale nad tym nie boleję. To dwuletnie zdrapałem z portfela, klej wysechł i już nawet się nie lepi, bo ta lepkość zawsze mnie wkurwiała. Nagle zdałem sobie sprawę, że przegapiłem czwarty dzień roku, a jutro przegapię jedenasty, przyjdę do pracy, posiedzę do 19.00, spotkam się z dwoma lub trzema osobami na coachingu, wypytam o to, co tu gra, a co nie gra. Ze szczególnym uwzględnieniem tego, co nie gra, bo gra niewiele, jakby nie było prądu, a wersji akustycznej i tak nikt nigdy nie słyszy w tym ulicznym hałasie.

Zdecydowałem, że nie wybiorę się na Widnokrąg. Pierdolę, albo zwyczajnie nie chce mi się tego oglądać po raz czwarty. Głupio byłoby porzygać się sztuką teatralną. Kręci mnie w żołądku. Ten styczeń nie jest zły, przeciwnie. Otwieram rano oczy i wiem po co.

Styczeń. Miesiąc suicydalny. Przypomniałem sobie, że należałoby wcześniej wstawać w tym roku. Powiedzmy, że pomiędzy ósmą a dziewiątą. Pytanie tylko – po co? Odpowiedź prosta – korzystać z dnia. Rozwijać się. A za tydzień mi przejdzie, bo nowy rok nigdy niczego specjalnie nie modyfikuje. W konstrukcji zapisu dat zmienia się jedynie jedna cyfra, a reszta jest jednakowo powtarzalna, jak przez wszystkie ubiegłe lata.

Z gór przywiozłem sól na butach i zbyt długie paznokcie, które już zdążyłem obciąć. W książce Neny mam być gejem. Nie odpłacę się Jej w swojej, której pewnie i tak prędko nie napiszę. Zresztą Nena-Lesbijka nie byłaby niczym nowym w potoku wszystkich tych dzieł literackich i filmowych o podobnej tematyce, które powstały w ostatnich latach, powielając dawno utarte schematy, przełożywszy je jedynie na grunt homoseksualny.

Tego stycznia kolejny raz pozostanę przy życiu. Najprawdopodobniej. I właściwie dobrze.

zwykle nie układam postanowień noworocznych, bo na ogół gówno z tego wychodzi. z prostej przyczyny – postanowienia dotyczące fajek zwyczajnie nie mogą zostać spełnione. papierosy to część mojego życia, one jedne, jak zwykłem mawiać, prędzej mnie zabiją, niż oleją. Nena twierdzi, że z nią jest podobnie, sęk w tym, że z nią nieraz olewamy się nawzajem, choć więcej w tym mojej winy, ale nawet nie jest mi głupio. olewamy się, każde na swój sposób.

w przyszłym roku jednak, chciałbym zrealizować pewne plany. mniej pić, skoro palić muszę jednakowo. więcej czytać, bo na półkach kurzą się planowane lektury, a lista osiemdziesięciu książek wciąż pozostaje nietknięta, bo a to ktoś podaruje mi książkę, a to sam kupię lub pożyczę i wszystkie dziwacznie spoza listy. i czytane, jak postępujący zwolna rak płuc.

za kilka dni zacznie się styczeń, teoretycznie najbardziej znienawidzony przeze mnie miesiąc, w którym nigdy nic się nie dzieje, w którym starzeję się o rok i nigdy nie mam ochoty nigdzie wychodzić, a później mam żal do nie wiadomo kogo, że sprawił mi taką nieprzyjemną samotność. a ten żal powinienem żywić tylko do siebie. ćwierćwiecze. jakiś czas temu planowałem zjeść sushi z ciała nagiej kobiety w ten, zdawałoby się, wyjątkowy dzień. teraz już nie chcę.

nie pamiętam już, jak zaczął się ten rok. w sumie nie było tam nic godnego zapamiętania. ostatnie dwa stycznie generalnie nie były godne zapamiętania, jakkolwiek by mi się wówczas nie roiło.

przekalejdoskopowała się nieco liczba bliskich osób, ktoś przybył, ktoś ubył, nikt nie umarł, choć niektórzy tradycyjnie się zapowiadali. faktycznie, ubiegłorocznego stycznia byłem na pogrzebach dwukrotnie, tegorocznego wcale. schematyzm, w jakiś sposób przeze mnie wyznawany, w kolejnym roku powinien mi odpuścić.

jest dwudziesty szósty grudnia, ktoś na I. ma urodziny, ktoś komu nie złożę życzeń, bo nie czuję potrzeby. ten rok kończy się dobrze, zupełnie nie tak, jak się spodziewałem. ujednoliciły mi się myśli, scentralizowały się, można powiedzieć, co po rekordowych dziewięciu miesiącach stanowi bardzo ciekawą odmianę. i niech tak już będzie, bo to dziecię w Tobie, prawdę mi powie, że jesteśmy tu i teraz i nigdzie indziej, dochodzimy do pestki matki ziemi, zlizując z niej resztki miąższu.

O kapaniu

11 komentarzy
Nawet pomimo parasola mi kapiesz. Ur ur, chrzęścisz o druty,
na których własnoręcznie mnie zrobiłaś, zostawiając mnóstwo niedoróbek,
dziur i krzywizn. Kapiesz mi, że nocą moczę się bez ciebie we frotowe
prześcieradło. Wstaję i drepczę po cichu, zapalam światło, parkiet razi w
oczy. Gram na własnych żebrach etiudę i śpiewam do całkiem innej melodii, że one
wszystkie są na miejscu, że nigdy, nigdzie, przenigdzie, w żadnym
słoiku, szafce, skrzynce z przetworami, całkowicie być ciebie nie mogło.

-icznie

Brak komentarzy

i na cóż ci było to lizanie fiuta, zapamiętale jak rasowa kurwa z wieloletnim doświadczeniem? siądź na mnie kabaretkami, pokabaretkuj mnie tu i tam, po udach, łydkach, jajach, brzuchu. na półce stoi książka. otwórz ją na tej i tej stronie, pionowo ustaw kartkę i pokalecz mnie trochę, robiąc delikatne nacięcia wzdłuż przedramion. może nie wiesz, ale rozsadzasz mi czaszkę, pukasz w potylicę i w potylicę tłuką mi się twoje pukania i płukania i wypluwania, gdy nie w tę dziurkę poleci ci sperma kogoś, kim nie byłem, nie jestem, nie będę.

chyba za tobą tęsknię. za odkręconą wodą pod prysznicem, za świadomością że wgłębiasz mój materac nieco bardziej. ręczniki wyschły, drobiny kurzu odleciały lub zostały wytarte metrową, wyjałowioną gazą. w uszach świszczą koguty, tańczą tramwajowe mijanki, stukają koła o świeżo wyremontowane tory. czerwone światło, wydłubane zielone oko, nadziane na patyczek po lizaku Chupa Chups (logo zaprojektowane przez zmarłego ponad dwadzieścia lat temu Salvadora Dali). w tym tkwi sedno. na ścianie, na podłodze, za drzwiami, za oknem, w popielniczce pełnej wypalonych ubiegłej nocy papierosów.

Wielkimi literami napisany wyraz REASEKURACJA, kody to tu, to tam, transakcje, obrazki, pinezki, wyliczanki, zdjęcia, plakaty, Audrey, Audrey, Audrey, a Ty wiesz dlaczego? Ty wiesz, dlaczego. (Ja też wiem, zawsze wiedziałem, zawsze byłaś, obiektywy, przejściówki, Roland Barthes, światła, cienie, ciemności, blendy, całe to skurwienie zapamiętanego, jedynego w swoim rodzaju, niepowtarzalnego obrazu. wydłubanie oczu w niczym nie pomogło. w mózgu tkwi ich druga para i się bezsensownie przeszłościują, bez gumki, płodzą coraz to nowsze dzieci, od razu oddając je do domu dziecka.

klamry nie będzie, moja kajdano, kajdanie, kajdana, i to podniecenie gdy z plurale tantum robię liczbę pojedynczą. jesteś gdzieś w tym deszczu, czy i w nim cię nie ma. stoisz czy siedzisz? leżysz, śpisz, umierasz, boli cię tu lub tam? pojednaj, pojedynkuj, pokabaretkuj mnie trochę, bo ta szorstkość była gładka, bo ta wilgoć była sucha, bo ta suchość, wilgotna i tak bez końca bez końca bez końc bez koń bez ko bez k bez be b no i chuj.

gdzie teraz jest to wczoraj, które kochało twoje rozstępy? gdzie teraz jest teraz,
które miało być zawsze sobą i nigdy się nie bać, że zostanie wyśmiane?
gdzie jest ten wierzch bułki, przeżuty, wielokrotnie przytulony
szorstkim językiem? gdzie jest zamarznięta kałuża, której nie można było
przenieść na pokład autobusu, który nigdy nie przyjechał? tak wyszło,
że pozamykaliśmy się w drobnych szczegółach i siedzimy tam do tej pory.
tylko kto to jest my? chyba nie znam.


  • RSS